Wprowadzenie
Znowu deszczowy wieczór w Głogowie. Znowu siedzę przy stoliku z czarnym obrusem i czekam na kolejnego klienta. Niektórzy przychodzą z problemami uczuciowymi, inni chcą rzucić klątwę na byłą żonę. Ale czasem – czasem ktoś przynosi coś, czego nie powinien był dotykać.
Nazywam się Mariusz Czarnecki i zajmuję się tym, czym większość ludzi wolałaby się nie zajmować. Duchami. Demonami. Rzeczami, które kryją się w ciemności i wychodzą na światło tylko wtedy, gdy ktoś popełni błąd.
Nie jestem księdzem-egzorcystą z filmów. Nie noszę sutanny i nie rzucam wodą święconą na wszystko, co się rusza. Jestem praktykiem. Kimś, kto nauczył się walczyć z mocami ciemności, bo alternatywą była śmierć.
Moją bronią są karty tarota, runy i wiedza zdobyta podczas lat pracy w tym cholernym fachu. A także nóż, gdy trzeba się bronić fizycznie. Bo demony potrafią być bardzo fizyczne.
Ta historia zaczęła się jak większość moich spraw – od wizyty klienta, który nie wiedział, w co się pakuje. Stanisław Herczyk, antykwariusz ze Starego Miasta, przyniósł mi karty tarota, które kupił w majątku po zmarłym kolekcjonerze. „Tylko sprawdzenie” – powiedział. „Czy są autentyczne.”
Kurwa, jak ja nienawidzę tych słów.
Bo „tylko sprawdzenie” nigdy nie jest tylko sprawdzeniem. To zawsze jest początek czegoś znacznie gorszego.
Te karty należały kiedyś do Maksyma Brzezińskiego, kata miejskiego Głogowa z XVI wieku. Człowieka, który nie ograniczał się do wykonywania wyroków sądowych. Który praktykował nekromancję i używał energii umierających do wzmacniania swojej mocy.
Każda karta była naznaczona krwią jego ofiar. Czterdziestu trzech ludzi – mężczyzn, kobiet, dzieci. Wszystkich zamordowanych w imię sprawiedliwości, która sprawiedliwością nie była.
A ja, jak idiota, dotknąłem tych kart.
Od tego momentu zostałem naznaczony. Znak toporu kata wypalił się na mojej dłoni jak pieczęć śmierci. A Brzeziński zaczął się wydobywać z czterystu lat więzienia, żeby dokończyć swoją pracę.
To, co nastąpiło potem, nauczyło mnie czegoś ważnego. Że niektóre zło jest tak stare i tak potężne, że nie można go zwalczyć zwykłymi metodami. Że czasem trzeba zejść do piekła, żeby stamtąd kogoś wywlec.
I że każde zwycięstwo ma swoją cenę. Moja lewa ręka do dziś jest słabsza od prawej. Profesor Niewiadomski wciąż kuśtyka. To są blizny, które zostają na całe życie.
Ale opowiem wam tę historię od początku. Opowiem, jak wygląda prawdziwa walka z siłami ciemności. Bez efektów specjalnych, bez dramatycznych przemów. Tylko strach, ból i determinacja, żeby przeżyć do następnego dnia.
Bo to właśnie robimy, my, którzy zajmujemy się tym fachem. Próbujemy przeżyć do następnego dnia.
A potem robimy to samo następnego dnia.
I następnego.
Czasem się udaje. Czasem nie.
Ale zawsze warto próbować.
Mariusz Czarnecki
Rytualista,, Tarocista… koleś, który walczy z demonami
Głogów, listopad 2024
Niespodziewany Klient
Deszcz bębnił monotonnie o szyby mojego mieszkania na trzecim piętrze bloku przy ulicy Sikorskiego w Głogowie. Była dziewiąta wieczorem i siedziałem przy stoliku z czarnym aksamitnym obrusem, na którym rozłożone były moje karty tarota. Właśnie skończyłem sesję z panią Kowalczyk, która martwiła się o swojego syna narkomana. Karty pokazały jej prawdę, którą już znała, ale nie chciała przyznać. Syn kradł jej pieniądze i nie zamierzał się leczyć.
Postawiłem na stoliku filiżankę z resztkami kawy i sięgnąłem po paczkę papierosów. Zapaliłem i przeciągnąłem się w fotelu. Zmęczenie opadało na mnie jak mokry koc. Nie lubiłem takich spraw. Ludzie przychodzili do mnie z nadzieją, a ja musiałem im mówić prawdę, która boli jak diabli. Ale taka była moja robota. Mariusz Czarnecki, rytualista. Człowiek, który rozmawia z duchami i walczy z demonami za niecałe trzydzieści tysięcy złotych miesięcznie.
Dotknąłem amuletu z runą Algiz, który nosiłem na szyi. Metal był ciepły od mojego ciała. Ten amulet uratował mi życie już nie raz. Spojrzałem na lewą dłoń. Na miejscu małego palca była tylko blizna. Demon odciął mi go rok temu w opuszczonej fabryce pod Legnicą. Pamiątka z tamtej roboty.
Zapukano do drzwi. Trzy głośne, pewne uderzenia. Spojrzałem na zegarek na komódce. Była za dziesięć dziesiąta. Kto, kurwa, przychodzi o tej porze? Klienci umawiali się wcześniej, a ja nigdy nie przyjmowałem bez zapowiedzi.
Zgasiłem papierosa w popielniczce i podszedłem do wizjera. Za drzwiami stał mężczyzna w średnim wieku, w eleganckim granatowym płaszczu. Miał przy sobie czarną skórzaną teczkę. Wyglądał na kogoś z pieniędzmi. Nie na miejscowego drania, który przyszedłby mnie okraść.
Otworzyłem drzwi, pozostawiając łańcuch zabezpieczający.
— Czym mogę służyć? — zapytałem.
— Dzień dobry. Stanisław Herczyk, antykwariusz. Mam interes do pana Czarneckiego.
Jego głos był spokojny, wyważony. Mówił powoli, jakby każde słowo starannie dobierał. Miał okrągłe okulary w złotych oprawkach i siwe włosy zaczesane do tyłu. Na prawej dłoni dostrzegłem plamy atramentu.
— O tej porze? — mruknąłem.
— Przepraszam za najście. Ale sprawa jest pilna. I dotyczy czegoś, co… cóż, lepiej byłoby rozmawiać w środku.
Coś w jego głosie sprawiło, że zdjąłem łańcuch. Może to była desperacja, którą próbował ukryć pod maską elegancji. A może zwyczajnie ciekawość. Nie codziennie antykwariusz z Głogowa stuka do moich drzwi o dziesiątej wieczorem.
— Proszę wejść — powiedziałem.
Herczyk wszedł do przedpokoju i rozejrzał się uważnie. Jego wzrok zatrzymał się na stoliku z kartami tarota i świecach. Skinął głową z zadowoleniem.
— Widać, że zajmuje się pan poważnie swoją… profesją.
— A pan czym się zajmuje? Kupuje książki od babć na bazarach?
Uśmiechnął się kwaśno.
— Prowadzę antykwariat „Stare Księgi” przy ulicy Parkowej. Specjalizuję się w rzadkich pozycjach, starodrukach, rzeczach o… szczególnej wartości. Dlatego tu jestem.
Wskazałem mu fotel naprzeciwko stolika. Usiadł, położył teczkę na kolanach i przez chwilę milczał, jakby zbierał się na odwagę.
— Czy zechciałby pan sprawdzić pewien obiekt? Chodzi o jego… autentyczność. Nie historyczną, ale raczej… energetyczną.
Zainteresowałem się. Większość moich klientów to były roztrzęsione kobiety z problemami uczuciowymi albo miejscowi dranie, którzy chcieli rzucić klątwę na byłą żonę. Antykwariusz z prawdziwym antycznym artefaktem to była nowość.
— Jakie wynagrodzenie? — zapytałem wprost.
— Pięć tysięcy złotych. Niezależnie od wyniku.
Chciałem zagwizdać, ale się powstrzymałem. Pięć kafli za sprawdzenie jednego przedmiotu? To była duża kasa. Zbyt duża, żeby nie kryło się za nią jakieś bagno.
— Co to za obiekt?
Herczyk otworzył teczkę i wyjął z niej czarną skórzaną kasetę. Była stara, a skóra popękana od wieku. Mosiężne zapięcia pokrywała patyna. Położył ją na stoliku między nami.
— Komplet kart tarota. XVI wiek, może wcześniej. Pochodzą z majątku prywatnego. Poprzedni właściciel… miał wątpliwą reputację.
— Jaką wątpliwą?
— Maksym Brzeziński. Kat miejski Głogowa z lat 1560-1563. Używał kart do… przepowiadania egzekucji.
Poczułem, jak amulet na szyi staje się gorący. To nigdy nie był dobry znak. Sięgnąłem po paczkę papierosów i zapaliłem kolejnego. Herczyk patrzył na mnie wyczekująco.
— Dlaczego chce pan to sprawdzić? — zapytałem.
— Ponieważ odkąd je kupiłem, dzieją się dziwne rzeczy. Podczas katalogowania… karty same się wykładały. W bardzo niepokojących kombinacjach.
— Na przykład?
— Śmierć, Diabeł, Wieża. Za każdym razem te same karty, w tej samej kolejności. Niezależnie od tego, jak je potasuję.
Spojrzałem na czarną kasetę. Wyglądała niewinnie, ale czułem od niej coś niepokojącego. Jakby powietrze wokół niej było gęstsze, cięższe.
— Może pan otworzyć?
Herczyk się zawahał.
— Nie dotykałem ich od trzech dni. Odkąd… no, odkąd zaczęły się te kombinacje.
— Otwiera pan czy ja?
— Niech pan spróbuje.
Wyciągnąłem rękę w stronę kasety. Już kilka centymetrów od niej poczułem zimno. Takie, jakbym wsadził dłoń do lodówki. Mosiężne zapięcie było lodowate jak lód. Kliknęło cicho i kaseta się otworzyła.
W środku, na czarnym aksamicie, leżały karty. Nie były to zwykłe karty tarota Marseilles czy Ridera-Waite’a. To były znacznie starsze karty, namalowane ręcznie na grubym pergaminie. Kolory były przygaszone czasem, ale wciąż intensywne. Pierwszą kartą, którą zobaczyłem, to był Eremita z lampą i długą brodą, ale jego twarz była wykrzywiona w złośliwym uśmiechu. Obok leżał Wisielec, ale zamiast spokojnej twarzy męczennika miał wyraz agonii i przerażenia.
— Cholera — mruknąłem.
— Coś nie tak?
— Te karty… one nie są normalne. Kto je namalował, to nie był zwykły artysta.
Herczyk przechylił się przez stolik.
— Może pan je przeczytać? Sprawdzić, czy są przeklęte?
Wziąłem głęboki oddech. Miałem złe przeczucie, ale pięć tysięcy to było pięć tysięcy. A poza tym, ciekawość była silniejsza niż strach.
— Dobra. Zrobimy sesję. Ale ostrzegam – jeśli te karty są naprawdę przeklęte, to może się dziać różne rzeczy. Może pan chce wyjść?
— Nie. Chcę wiedzieć, z czym mam do czynienia.
Wstałem i zapaliłem świece wokół stolika. Pięć grubych świec w mosiężnych lichtarzach. Światło zamigotało, rzucając tańczące cienie na ściany. Zgasiłem lampę. Pokój pogrążył się w półmroku przeszywanym płomieniami świec.
Usiadłem z powrotem i wyciągnąłem rękę w stronę kart. Były zimne jak kawałki lodu. Wziąłem je do dłoni i poczułem, jak zimno rozchodzi się po moich palcach.
— Zrobimy standardowy rozkład. Przeszłość, teraźniejszość, przyszłość. Zobaczmy, co te karty mają do powiedzenia.
Zacząłem tasować. Karty były cięższe od normalnych, jakby zrobione z grubszego materiału. Podczas tasowania słyszałem dziwny dźwięk – nie zwykłe szeleszczenie papieru, ale coś bardziej suchego, jak gdyby tasował liście jesienią.
Położyłem pierwszą kartę. Przeszłość.
To była Śmierć. Ale nie taka Śmierć, jaką znałem z innych tali. Ten szkielet trzymał w kościstej dłoni nie kosę, ale topór. Topór kata. Za nim widać było stosy ciał, a jego usta wykrzywione były w uśmiechu.
— Przeszłość naznaczona przemocą — powiedziałem. — Ktoś, kto używał tych kart, miał związek ze śmiercią. Zadawał ją.
Herczyk przełknął ślinę.
— To by się zgadzało. Brzeziński był katem.
Położyłem drugą kartę. Teraźniejszość.
Diabeł. Ale nie taki Diabeł jak w innych taliach. To była postać w czarnej masce kata, z ogromnymi rogami i toporem u boku. Trzymał w rękach łańcuchy, na których wisiały dusze skazańców.
— Teraźniejszość… — zacząłem, ale przerwałem.
Karta była mokra. Nie, nie mokra. Wilgotna od czegoś czerwonego.
— Kurwa mać — wyrwało mi się.
— Co?
— Na karcie jest krew.
Herczyk poderwał się z fotela i nachylił nad stolikiem. Rzeczywiście, na powierzchni karty pojawiły się czerwone plamy. Świeże, mokre plamy, które powoli rozwijały się jak kwiaty.
W tym momencie zgasła jedna ze świec. Potem druga. W pokoju robiło się coraz ciemniej, a krew na karcie jaśniała coraz bardziej.
— Co się dzieje? — szepnął Herczyk.
— Coś się budzi — odpowiedziałem. — Te karty są żywe. I nie są szczęśliwe, że je niepokoimy.
Trzecia świeca zgasła. Zostały tylko dwie, a ich płomienie migotały niepokojąco. Zimno w pokoju było teraz tak silne, że widziałem własny oddech.
— Może wystarczy na dziś? — zaproponował Herczyk.
— Nie. Jak już zaczęliśmy, to musimy skończyć. Inaczej będzie jeszcze gorzej.
Wyciągnąłem rękę po trzecią kartę. Przyszłość. Moja dłoń drżała, ale chwyciłem kartę i odwróciłem ją.
Wieża. Płonąca wieża z ludźmi wypadającymi z okien. Ale to nie była zwykła wieża. To był mój blok. Moje okno. I postać spadająca z trzeciego piętra wyglądała jak… ja.
Ostatnia świeca zgasła. Pokój pogrążył się w kompletnej ciemności.
W ciszy usłyszeliśmy cichy, chrapliwy śmiech. Dochodził jakby z samych kart.
— Mariusz? — szepnął Herczyk.
— Nie ruszaj się — warknąłem. — I nie mów ani słowa.
Śmiech stawał się głośniejszy. I coraz bardziej podobny do ludzkiego. Ale nie żywego ludzkiego. Raczej takiego, który śmieje się w ostatnich agonalnych chwilach życia.
Zapaliłem latarkę, którą zawsze trzymałem na stoliku. Światło oświetliło karty. Na wszystkich trzech kartach była teraz krew. Świeża, ciepła krew, która kapała na czarny aksamit.
Herczyk był blady jak ściana.
— To znaczy, że są przeklęte? — wydusił.
— To znaczy, że jesteśmy w poważnym bagnie — odpowiedziałem. — Te karty to nie tylko zabytki. To więzienie. I właśnie wypuściliśmy na wolność coś, co powinno zostać zamknięte.
Śmiech ucichł. Ale cisza była jeszcze gorsza niż śmiech.
W ciemności za plecami Herczyka dostrzegłem cień. Cień w kształcie wysokiego mężczyzny w czarnej masce.

Śledztwo w Przeszłości
Obudziłem się o siódmej rano z głową pękającą jak po tygodniowym ciągu. Pamiętałem wszystko z poprzedniego wieczoru. Herczyk wyszedł około północy, zabierając ze sobą przeklęte karty. Cień zniknął, gdy zapaliłem światło, ale zostało uczucie, jakby ktoś obserwował mnie przez wizjer przez resztę nocy.
Poszedłem do łazienki i spojrzałem w lustro. Wyglądałem jak gówno. Pod oczami miałem sine półkola, a na szyi czerwoną pręgę tam, gdzie amulet się rozgrzał. Dotknąłem runy Algiz. Metal był zimny jak lód, chociaż całą noc leżał na moim ciele.
To nie był dobry znak. Amulet reagował tylko na potężne zagrożenie.
Nastawiłem czajnik i usiadłem przy stole kuchennym z paczką papierosów. Za oknem było szaro i ponuro. Typowy głogowski listopad – wilgotny, zimny i beznadziejny. Zapaliłem papierosa i zastanawiałem się, co robić dalej.
Mogłem, oczywiście, zapomnieć o całej sprawie. Wziąć kasę od Herczyka i udawać, że nic się nie stało. Ale wiedziałem, że to się nie skończy. Te karty to była bomba zegarowa. A ja zapewne już zostałem naznaczony przez to, co się wczoraj wydarzyło.
Musiałem się dowiedzieć więcej o Maksymie Brzezińskim.
Po śniadaniu wsiadłem w swojego starego golfa i pojechałem do Biblioteki Miejskiej przy ulicy Mickiewicza. Był to brzydki budynek z lat siedemdziesiątych, ale mieli tam przyzwoity dział historyczny. A bibliotekarka, pani Grażyna, lubiła mnie od czasu, gdy pomogłem jej pozbyć się ducha z czytelni. Stary dziadek, który umarł przy gazecie, wracał co noc i przestawiał książki.
Pani Grażyna siedziała za kontuarem i czytała jakiś romans. Miała około pięćdziesiątki, krótkie siwe włosy i okulary na łańcuszku. Gdy mnie zobaczyła, uśmiechnęła się szeroko.
— Dzień dobry, Mariuszu. Szukasz czegoś do nowej roboty?
— Dzień dobry, pani Grażyno. Potrzebuję informacji o kimś z szesnastego wieku. Maksym Brzeziński, kat miejski Głogowa z lata 1560-1563.
Zmarszczyła brwi.
— To bardzo konkretne zapytanie. A po co ci to?
— Robocze. Ktoś mi zostawił po nim pamiątki i chcę sprawdzić, czy są autentyczne.
Nie kłamałem do końca.
— Poczekaj, sprawdzę w kartotece.
Wstała i przeszła do starych drewnianych szufladek z kartami katalogowymi. Biblioteka nie była jeszcze w pełni skomputeryzowana, więc najstarsze zasoby wciąż były w tradycyjnej kartotece.
Po kilku minutach wróciła z trzema kopertami pełnymi dokumentów.
— Masz szczęście. Robiłam kiedyś pracę magisterską o historii Głogowa i zbierałam wszystkie dokumenty miejskie z tamtego okresu. Brzeziński był dość znaną postacią.
Usiadłem przy stoliku w czytelni i otworzyłem pierwszą kopertę. W środku były kserokopie starych dokumentów po łacinie i po polsku. Moja łacina była daleka od doskonałości, ale jakoś się porozumiewałem z tekstem.
Pierwsze dokumenty dotyczyły nominacji Brzezińskiego na stanowisko kata miejskiego w 1560 roku. Był młodym mężczyzną, około dwudziestu pięciu lat, pochodził z Wrocławia. Wcześniej uczył się rzemiosła u kata wrocławskiego, ale musiał opuścić miasto z niewyjaśnionych powodów.
Ciekawsze były raporty z wykonanych egzekucji. Brzeziński prowadził dokładną dokumentację każdej śmierci. Opisywał nie tylko metodę egzekucji, ale też zachowanie skazańca, jego ostatnie słowa, nawet pogodę danego dnia. Był bardzo metodyczny.
W 1561 roku pojawiła się pierwsza wzmianka o jego… nietypowych praktykach.
„Magister Brzeziński użył dziś kart dywinacyjnych celem poznania sposobu śmierci skazańca Jakuba Kowalskiego, oskarżonego o kradzież koni. Karty wskazały na powieszenie. Egzekucja została wykonana następnego dnia przez powieszenie na rynku głównym.”
Poczułem dreszcz na plecach. Kurwa, to nie było przypadkowe zgadywanie. Brzeziński naprawdę używał kart do przepowiadania sposobów egzekucji.
Czytałem dalej. W kolejnych miesiącach podobne wzmianki pojawiały się coraz częściej. Brzeziński konsultował karty przed każdą egzekucją. A karty nigdy się nie myliły.
Ale najgorsze było to, co znalazłem w ostatniej kopercie.
Był tam protokół śledztwa z 1563 roku. Brzeziński został oskarżony o praktyki czarnoksięskie i torturowanie skazańców przed egzekucją. Świadkowie zeznawali, że kat zmuszał każdego skazańca do skropienia jego kart własną krwią tuż przed śmiercią.
„Skazaniec musi ofiarować kilka kropel swojej krwi kartom. Tylko wtedy karty będą wiedziały, jak ma umrzeć.” – to był cytat z zeznań Brzezińskiego przed sądem miejskim.
Przeczytałem dokument do końca. Brzeziński został skazany na śmierć za czarnoksięstwo i nadużycie władzy. Ironiczny koniec dla kata. Został stracony przez swojego następcę w styczniu 1564 roku. Metodą egzekucji był ścięcie toporem.
Ale najgorsze było na samym końcu dokumentu. Tuż przed śmiercią Brzeziński przeklinał wszystkich, którzy będą używać jego kart. Powiedział, że każdy, kto ich dotknie, pozna prawdę o swojej śmierci. I że on sam będzie tą śmiercią.
Zamknąłem ostatnią kopertę i odetchnąłem głęboko. Teraz wiedziałem, z czym mam do czynienia. Te karty to nie były tylko zabytki. To był instrument tortur naznaczony krwią dziesiątek skazańców. A każda z tych dusz była uwięziona w pergaminie.
— Znalazłeś to, czego szukałeś? — zapytała pani Grażyna, podchodząc do stolika.
— Znalazłem więcej, niż chciałem — odpowiedziałem. — Pani Grażyno, czy mogłaby pani zrobić mi kserokopie tych najważniejszych dokumentów?
— Oczywiście. Ale Mariuszu… ty wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha.
— Gorzej. Zobaczyłem kata.
Pół godziny później wychodziłem z biblioteki z teczką pełną kserokopii. Wsiadłem do samochodu i sprawdziłem telefon. Miałem trzy nieodebrane połączenia od nieznanego numeru. Zadzwoniłem z powrotem.
Odebrał głos, którego nie poznałem. Starszy mężczyzna, bardzo zdenerwowany.
— To w sprawie pana Herczyka. Czy to pan Czarnecki?
— Tak. A pan to kto?
— Doktor Kowalski z pogotowia. Pan Herczyk miał przy sobie pana wizytówkę. Jest pan z nim spokrewniony?
Poczułem zimny strumień spływający mi po kręgosłupie.
— Nie. Jestem jego… konsultantem… noo… ezoterycznym. Co się stało?
— Znaleźliśmy go dziś rano w jego antykwariacie. Nie żyje. Bardzo dziwna śmierć, panie Czarnecki. Bardzo dziwna.
— Jak umarł?
— Upadek z wysokości. Ale problem w tym, że jego sklep ma tylko jedno piętro. I wszystkie okna były zamknięte od środka.
Pamiętałem trzecią kartę z wczorajszej sesji. Wieża. Płonąca wieża z ludźmi wypadającymi z okien. To znak.
— Gdzie jest teraz?
— Ciało jest Jeszcze w mieszkaniu. Policja prowadzi śledztwo, ale… panie Czarnecki, czy mógłby się pan z nimi skontaktować? Oni mają chyba pytania o tych dziwnych znakach, które na nim znaleźli. Podobno bardzo specyficzne.
Karty. Znaki. Kurwa, karty zostały przy Herczyku.
— Już jadę — powiedziałem i rozłączyłem się.
Pojechałem prosto do Antykwariatu. Spotkałem się tam z komisarzem Nowacką, którą znałem z poprzednich spraw. Była kobietą po czterdziestce, szczupłą i energiczną. Nie lubiła nadprzyrodzonych zagadek, ale musiała przyznać, że czasem były jedyną odpowiedzią.
— Czarnecki. Mogłam się domyślić, że ty w to też jesteś zaangażowany — powiedziała na powitanie.
— Witam, pani komisarz. Mogę zobaczyć miejsce zdarzenia?
— Możesz z racji swojej … działalności. Ale ostrzegam, to cholernie dziwna sprawa.
„Stare Księgi” mieściły się w kamienicy z początku dwudziestego wieku. Herczyk miał sklep na parterze i mieszkanie na pierwszym piętrze.
Komisarz zaprowadziła mnie na górę, do mieszkania. W salonie wszystko wyglądało normalnie, ale w sypialni…
Herczyk leżał na podłodze w kałuży krwi. Miał złamany kark i liczne urazy głowy. Jakby spadł z dużej wysokości. Ale sufit był nie wyższy niż trzy metry.
— Lekarz sądowy mówi, że urazy są zgodne z upadkiem z wysokości co najmniej dziesięciu metrów — powiedziała komisarz Nowacka. — Ale, jak widać, to niemożliwe.
Rozejrzałem się po pokoju. Na komodzie stała otwarta czarna kaseta. Była pusta.
— Gdzie są karty? — zapytałem.
— Jakie karty?
— Te, które były w kasecie.
— Nie było żadnych kart. Kaseta była pusta, gdy go znaleźliśmy.
To było niemożliwe. Herczyk zabrał karty ze sobą. Widziałem wczoraj jak je pakuje.
— Pani komisarz, ja muszę przeszukać ten pokój.
— Nie możesz. To miejsce zbrodni.
— To nie jest zwykła zbrodnia. I pani o tym wie.
Spojrzała na mnie długo, potem westchnęła.
— Masz piętnaście minut. Ale niczego nie ruszaj.
Gdy została sama, zacząłem dokładne przeszukiwanie. Karty musiały gdzieś być. Sprawdziłem szafy, szuflady, każdą skrytkę. Nic.
Dopiero gdy klęknąłem obok ciała Herczyka, zauważyłem coś dziwnego. Na jego prawej dłoni był wytatuowany symbol. Wyglądał jak topór kata. A tatuaż był świeży – skóra wokół była czerwona i opuchnięta.
To była niemożliwe. Tatuaże nie pojawiają się same z siebie.
Ale gdy przyjrzałem się bliżej, zauważyłem, że to nie był tatuaż. To był znak wypalony w skórze. Jakby ktoś przyłożył mu do dłoni rozgrzany metal.
Poczułem, jak amulet na mojej szyi znowu się rozgrzewa.
— Czas minął, Czarnecki — zawołała komisarz z korytarza.
Wstałem i wyszedłem z sypialni. Miałem już to, czego potrzebowałem. Herczyk został zabity przez to samo, co wczoraj widzieliśmy w kartach. A karty zniknęły, bo wróciły tam, skąd przyszły.
Do swojego prawowita właściciela.
Gdy wracałem do domu, zastanawiałem się nad tym, co właśnie odkryłem. Maksym Brzeziński nie był zwykłym katem. Był praktykiem czarnej magii, który używał kart do torturowania skazańców. Każda karta była naznaczona krwią ofiary. A teraz, po czterystu latach, karty wciąż działały.
Ale najgorsze było to, że Herczyk umarł dokładnie tak, jak przepowiedziały karty. Upadek z wysokości, mimo że to było fizycznie niemożliwe.
A trzecia karta pokazywała mnie spadającego z okna mojego mieszkania.
Wszedłem do bloku i wspiąłem się na trzecie piętro. Drzwi do mojego mieszkania były otwarte. Na ościeżnicy visała kartka z napisem: „Zapraszam na grę.”
Wszedłem do środka. Na stoliku w salonie leżały karty tarota. Te same przeklęte karty, które wczoraj trzymałem w dłoniach. Ułożone były w pentagram, a w środku stała czarna świeca.
Płonęła, chociaż nikt jej nie zapalił.
Obok kart leżała jeszcze jedna kartka. Rozpoznałem pismo Herczyka:
„Panie Czarnecki. Jeśli pan to czyta, znaczy, że już nie żyję. Karty przepowiedziały moją śmierć i się spełniło. Teraz czas na pana. Ale jest sposób, żeby przerwać klątwę. Musi pan zagrać z nim. Z Brzezińskim. W tarota. Jeśli pan wygra, klątwa będzie przerwana. Jeśli przegra… no cóż, nie będzie pan pierwszym, który przegrał z katem.
Gra rozpocznie się o północy. Nie ma ucieczki. Jedyną drogą jest zwycięstwo.
Powodzenia.”
Spojrzałem na zegarek na ścianie. Była już dziewiąta wieczorem. Zostały mi trzy godziny na przygotowanie się do gry o życie z duchem średniowiecznego kata.
I nie miałem pojęcia, jak tę grę wygrać.

Klątwa Uaktywnia Się
Usiadłem w fotelu i zapaliłem papierosa. Ręce mi się trzęsły, ale nie z powodu strachu. To była wściekłość. Przez całe życie walczyłem z różnymi potworami. Duchami, demonami, upiorami. Ale zawsze miałem jakąś kontrolę nad sytuacją. Zawsze mogłem coś zrobić.
A teraz? Teraz zostałem zmuszony do gry. Jak mysz w laboratorium.
Kurwa jego mać.
Spróbowałem spalić karty. Poszedłem po zapałki i przyłożyłem płomień do pierwszej karty. Nic się nie stało. Pergamin był odporny na ogień jak azbest.
Woda też nie działała. Zanurzyłem karty w umywalce, a gdy je wyciągnąłem, były suche jak pustynia.
Sól stawała się czarna jak smuga węgla. Woda święcona syczała i wyparowywała, ale karty zostały nietknięte.
Runy wymazywały się same, jakby jakaś niewidzialna ręka je ścierała.
Wszystko było bezużyteczne.
Usiadłem z powrotem i próbowałem myśleć logicznie. Brzeziński był katem przez trzy lata. Zabił dziesiątki ludzi. Każda śmierć dodawała mu mocy. A przez czterysta lat ta moc rosła jak nowotwór.
Nie mogłem go zniszczyć. Mogłem tylko z nim zagrać.
I prawdopodobnie przegrać.
Zastanawiałem się nad regułami gry. Herczyk napisał tylko tyle, że to tarot. Ale jakie karty? Jakie zasady? Czy mogę jakoś oszukać?
Pewnie nie. Kat miał cztery wieki na obmyślenie każdego szczegółu.
O dziesiątej poszedłem pod prysznic. Jeśli miałem dziś umrzeć, przynajmniej będę czysty. Ubrałem się w najlepsze ciuchy – czarne dżinsy i czarną koszulę. Jakby to był pogrzeb.
Mój pogrzeb.
O wpół do dwunastej nalałem sobie szklaneczkę wódki. Wypiłem jednym haustem. Alkohol spalił gardło, ale uspokoił nerwy.
Za piętnaście dwunasta świeca na stoliku zaczęła płonąć jaśniej. Płomień urósł i przybrał dziwny, fioletowy kolor.
Powietrze w pokoju stało się gęste jak miód. Każdy oddech wymagał wysiłku. Temperatura spadła tak gwałtownie, że zobaczyłem własny oddech w postaci białych obłoczków pary.
Czułem mdlący zapach rozkładu. Nie zwykłego rozkładu, ale czegoś znacznie gorszego. Jakby ktoś wyciągnął z ziemi ciało zmarłe przed wiekami.
Amulet na mojej szyi stał się tak gorący, że parzył skórę przez koszulę.
— Punktualny jak zawsze — powiedziałem na głos.
Powietrze nad stolikiem zaczęło falować jak powierzchnia wody. Widziałem, jak tworzą się kontury postaci. Najpierw mglisty cień, potem coraz wyraźniejszy kształt.
Materializował się powoli, jakby cieszył się każdą sekundą swojego powrotu.
Najpierw pojawiły się jego buty. Ciężkie, skórzane, pokryte plamami brunatnej substancji. Potem nogi – masywne, owinięte w czarne skórzane spodnie. Następnie tułów w czarnej kamizelce bez rękawów, pod którą widać było szarą koszulę poplamioną krwią.
Ale najgorsze były jego dłonie. Ogromne, z grubymi palcami zakończonymi długimi, czarnymi paznokciami. Skóra szara jak u topielca, a na knykciach świeże rany.
W lewej ręce trzymał topór. Masywny kawałek metalu z szerokim, zakrzywionym ostrzem. Trzonek długi na metr, z ciemnego drewna poplamionego krwią.
Gdy w końcu pojawiła się jego głowa, poczułem mdłości.
Maska kata była zrobiona z czarnej skóry, popękana i dziurawa. Przez otwory na oczy świeciły czerwone płomyki, które tańczyły jak żywe istoty.
— Maksym Brzeziński — powiedziałem. — Kat miejski Głogowa. Morderca dzieci i mężczyzn. I kompletna kurwa.
Przez otwory w masce dobył się chrapliwy śmiech.
— Masz odwagę, skazańcu. To dobrze. Będzie mi miło cię zabić.
— Herczyk napisał, że mam z tobą zagrać. W tarota.
— Tak. Pięć rozdań. Kto wygra trzy, wygrywa grę. Jeśli wygrasz, uwolnię cię. Jeśli przegrasz… — Kat uniósł topór. — Cóż, domyślasz się.
— A jeśli odmówię gry?
— Możesz odmówić. Ale wtedy zabiję cię tutaj i teraz. Przynajmniej gra daje ci szansę.
Spojrzałem na jego czerwone oczy. Nie było w nich kłamstwa. Tylko zimna kalkulacja.
— Jakich kart używamy?
— Moich. — Wskazał na stolik. — Naznaczonych krwią każdego, którego zabiłem.
— To nie jest fair gra.
— Sprawiedliwość? — Brzeziński ryknął śmiechem. — Mówiłeś coś o sprawiedliwości swoim demonom, gdy im głowę ścinałeś?
Kurwa miał rację. Żaden z demonów jakie unicestwiłem nie dostał szansy na sprawiedliwą walkę.
— Dobra — powiedziałem. — Zagrajmy w tę cholerną grę.
Usiadłem naprzeciwko niego. Krzesło zaskrzypiało pod jego ciężarem. Zapach rozkładu był teraz tak silny, że czułem metaliczny smak krwi w ustach.
Karty same się potasowały, wirując w powietrzu jak tornado.
— Zaczynasz — powiedział kat.
Wziąłem pierwszą kartę. Była lodowata jak kawałek lodu. Odwróciłem ją.
Ósemka Mieczy. Kobieta związana między mieczami.
— Słabo — skomentował Brzeziński i wziął swoją kartę.
Król Mieczy. Potężny władca z mieczem.
— Mój punkt — powiedział z zadowoleniem.
Kurwa. Jeśli tak dalej pójdzie, skończę jak Herczyk.
Drugie rozdanie. Szóstka Kielichów. Nie za wysoka, ale może…
Brzeziński odwrócił Dwójkę Pentagramów.
— Twój — mruknął.
Jeden do jednego. Może jednak mam jakąś szansę.
Trzecie rozdanie. Dziesiątka Buław. Wysoka karta.
Kat wziął swoją i odwrócił. Ósemka Pentagramów.
— Prowadzisz — powiedział, ale w jego głosie słyszałem irytację.
Dwa do jednego. Jeszcze jedno wygrane rozdanie i…
— Moja kolej na rozpoczęcie — powiedział Brzeziński.
Wziął kartę i odwrócił ją bez patrzenia.
As Mieczy. Najwyższa karta.
— Pobij to — wyszydził.
Wziąłem swoją kartę. Pustelnik. Wysoka, ale nie najwyższa.
— Remis — powiedział kat. — Ostatnie rozdanie o wszystko.
Serce waliło mi jak młot pneumatyczny. To było to. Albo wygram, albo umrę.
— Jednocześnie — powiedział Brzeziński. — Na trzy.
Wyciągnęliśmy ręce nad kartami.
— Jeden… dwa… trzy.
Wziąłem kartę i odwróciłem.
Sąd Ostateczny. Jedna z najwyższych.
Brzeziński patrzył na swoją kartę, nie odwracając jej.
— Interesujące — mruknął.
Odwrócił kartę.
Głupiec . Najniższa w talii.
— Wygrałem — szepnąłem.
— Wygrałeś? — Kat zaczął się śmiać. — Naprawdę myślisz, że wygrałeś?
Coś w jego śmiechu sprawiło, że poczułem zimny strumień strachu.
— To były moje karty, skazańcu. Karty, które kontroluję. Każde rozdanie było zgodne z moją wolą. Pozwoliłem ci wygrać kilka, żebyś uwierzył, że masz szansę.
Kurwa. Oczywiście. Jak mogłem być taki naiwny?
— Prawdziwa gra dopiero się zaczyna — powiedział, wstając od stolika. — A w prawdziwej grze nie ma zasad.
Topór w jego dłoni zabłyszczał .
— Teraz nadchodzi egzekucja.
Nie miałem dokąd uciekać. Nie miałem broni, która by mu zaszkodziła. Jedyne, co mogłem zrobić, to stanąć i walczyć jak mężczyzna.
— Chodź więc, kurwa — powiedziałem. — Skończmy to.
Brzeziński podniósł topór.
W tym momencie drzwi eksplodowały.
W progu stał wysoki, szczupły mężczyzna w eleganckim czarnym płaszczu. Miał około sześćdziesiątki, siwe włosy i przenikliwe niebieskie oczy za okularami.
Prof. Adam Niewiadomski.
— Odstąp od niego, Brzeziński — powiedział spokojnie. — Twój czas minął czterysta lat temu.
— Kto to, kurwa, jest? — warknął kat.
— Ktoś, kto cię powstrzyma — odpowiedział profesor i rozwinął pergamin trzymany w dłoni.
Brzeziński rzucił się w stronę Niewiadomskiego z toporom w dłoniach. Jego krzyk rozszarpał powietrze jak szklane płótno.
— Nikt mnie nie powstrzyma! Nikt!
Profesor zaczął czytać po łacinie. Słowa były stare, archaiczne, brzmiały jak echo z czasów, gdy świat był młodszy i mroczniejszy.
— Exorcizo te, spiritus immunde, in nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti…
Topór kata zatrzymał się kilka centymetrów od głowy profesora, jakby uderzył w niewidzialną ścianę. Brzeziński wył z wściekłości.
— Te słowa… to niemożliwe! Spalili wszystkie księgi!
— Nie wszystkie — odpowiedział spokojnie Niewiadomski, nie przerywając recytacji. — Niektóre przetrwały w prywatnych zbiorach.
Kat próbował ruszyć toporom, ale jego dłonie zaczęły się dymić. Czerwone płomyki w oczach migotały jak świece na wietrze.
— …ut discedas ab hoc famulo Dei…
— Nie! — wrzasnął Brzeziński. — Ja tutaj zostanę! To mój świat teraz!
Jego postać zaczęła się rozmazywać na brzegach, jakby ktoś rozlał po nim wodę. Ale walczył. Cholera, jak walczył. Widziałem, jak koncentruje całą swoją wolę, żeby utrzymać się w rzeczywistości.
— …in virtute crucis Christi et per intercessionem sanctorum…
Kat rzucił toporem w stronę profesora. Narzędzie przeszło przez powietrze z sykiem, ale rozpłynęło się na pył, zanim dosięgło celu.
— Czterysta lat! — krzyczał Brzeziński. — Czterysta lat czekałem na tę chwilę!
Jego twarz pod maską zaczęła się wykrzywiać. Nie była już ludzka. Czerwone oczy płonęły teraz jak dwa ogniska, a z miejsca, gdzie powinny być usta, wydobywał się dym.
— Nie pozwolę! Nie pozwolę!
Profesor wypowiedział kolejne słowa zaklęcia, a jego głos stał się potężny jak grzmot:
— Vade retro, Satana! Nunquam suade mihi vana!
Brzeziński ryknął tak głośno, że szyby w oknach zatrzęsły się w ramach. Jego ciało zaczęło się kurczyć, zapadać w sobie jak balon, z którego ucieka powietrze.
— To nie jest koniec! — wrzasnął ostatkiem sił. — Wrócę! Ja zawsze wracam! A ty, Czarnecki… ty nosisz mój znak. Będę cię nawiedzał. Będę twoim koszmarem. Każdej nocy!
— …et nunc et semper et in saecula saeculorum, amen!
Profesor wypowiedział ostatnie słowo zaklęcia z mocą, która wypełniła cały pokój.
Brzeziński eksplodował.
Nie fizycznie. Eksplodował jak bańka mydlana. Przez ułamek sekundy widziałem go rozrzuconego po całym pokoju – kawałki maski, fragmenty skórzanego ubrania, czerwone iskry, które były jego oczami. A potem wszystko zniknęło jak dym.
Karty na stoliku zapłonęły niebieskim ogniem. Płomienie sięgały sufitu, ale nie dawały żaru. To był zimny ogień, który palił tylko magię.
W pokoju zapadła cisza. Tylko nasze ciężkie oddechy i trzaskanie papierów zmieniających się w popiół.
— To koniec?
— Nie — pokręcił głową. — Związałem go tylko tymczasowo. Brzeziński jest za silny, żeby zniknąć na zawsze. Wcześniej czy później się uwolni.
— Co robimy?
— Musimy znaleźć sposób na trwałe zniszczenie jego mocy — odpowiedział profesor. — Ale to będzie wymagało czegoś więcej niż zwykłego egzorcyzmu.
Karty dopalały się na stoliku. Zostały po nich już tylko kupki popiołu.
Ale wiedziałem, że to pozory. Brzeziński wciąż był gdzieś tam. Czekał.
A ja wciąż nosiłem jego znak.

Przygotowania
Profesor Niewiadomski zamknął pergamin i schował go do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Popiół z kart wciąż dymił na stoliku, ale zapach był dziwny – nie jak spalony papier, ale jak spalone mięso.
— Skąd wiedziałeś? — zapytałem, nalewając sobie dwie szklanki wódki. Jedną podałem profesorowi.
— Pani Grażyna zadzwoniła wczoraj wieczorem. Powiedziała, że wypożyczyłeś wszystkie dokumenty o Brzezińskim. — Wypił wódkę jednym haustem i skrzywił się. — Znałem tę historię. Mój profesor w Heidelbergu pisał pracę o średniowiecznych praktykach egzekucyjnych. Brzeziński był… szczególnym przypadkiem.
— Szczególnym?
— Nie był zwykłym katem. Praktykował nekromancję. Używał energii umierających do wzmacniania swoich zdolności. Karty były tylko narzędziem.
Spojrzałem na prawą dłoń. Znak topora wciąż tam był, ale teraz pulsował czerwonym światłem, jakby miał własne tętno.
— To dlatego nie zniknął? — zapytałem.
— To dlatego, że nie możemy go zniszczyć tutaj. — Niewiadomski odstawił szklankę i usiadł naprzeciwko mnie. — Mariuszu, to co zrobiłem, to było tylko tymczasowe związanie. Jak założenie kajdanek na słonia. Wcześniej czy później się uwolni.
— Ile mamy czasu?
— Kilka godzin. Może mniej.
Jakby na potwierdzenie jego słów, kaloryfery w całym mieszkaniu zaczęły wystukiwać dziwny rytm. Nie był to zwykły rytm rozszerzającej się stali. To było coś innego. Jakby ktoś grał na nich melodię.
— Już zaczyna — mruknął profesor. — Próbuje się przebić z powrotem.
— Co musimy zrobić?
— Znaleźć miejsce, gdzie wykonywał egzekucje. Jego źródło mocy. I tam go zniszczyć na zawsze.
Zapaliłem papierosa. Ręce mi się trzęsły, ale już nie z nerwów. To był strach. Czysty, pierwotny strach.
— Gdzie to było?
— Stary rynek w Głogowie. Ale nie główny plac – Szubienica stała w tylnej części, przy kamienicy Ossolińskich. Teraz jest tam podwórze między starymi budynkami.
— Ale musisz wiedzieć… — Niewiadomski zawahał się. — To nie będzie łatwe. W tamtym miejscu wciąż jest energia wszystkich, których zabił. Czterdziestu trzech ludzi. Mężczyźni, kobiety, dzieci. Wszystkich.
Poczułem, jak żołądek ściska mi się w supeł.
— Dzieci?
— Najmłodsze miało osiem lat. Oskarżone o kradzież chleba.
— Kurwa jego mać.
— Dokładnie. — Profesor wstał i podszedł do okna. — Ale jest jeszcze coś. Żeby zniszczyć Brzezińskiego, będziesz musiał użyć jego własnego topora.
— Jego topora? Ten się rozpłynął.
— To była tylko projekcja. Prawdziwy topór jest zakopany pod dawną szubienicą. Tam, gdzie wyrzucał ciała swoich ofiar.
W tym momencie światło w pokoju zamigotało. Nie zgasło, ale przyćmiło się, jakby ktoś przykręcił ściemniacz. Cienie na ścianach stały się głębsze, ciemniejsze.
I usłyszałem to.
Śmiech. Cichy, chrapliwy śmiech, dochodzący znikąd i zewsząd jednocześnie.
— On wraca — szepnął Niewiadomski.
Temperatura spadła o kilka stopni. Mój oddech znowu był widoczny jako biała para. Amulet na szyi zaczął się rozgrzewać.
— Szybko — powiedział profesor. — Musimy się stąd wynieść. Gdy się w pełni zmaterializuje, będzie silniejszy niż poprzednio.
Chwyciłem kurtkę i klucze do samochodu. Śmiech stawał się głośniejszy. Teraz brzmiał, jakby dobiegał spod podłogi.
— Mariuszuuu — rozległ się głos Brzezińskiego, przeciągły jak syk węża. — Gdzie idziesz, skazańcu?
Wybiegliśmy z mieszkania. Na klatce schodowej było jeszcze zimniej niż w mieszkaniu. Fluorescencyjne lampy migotały, rzucając nerwowe cienie na ściany.
— Samochód — powiedziałem, pokazując kierunek.
Gdy wychodziliśmy z bloku, usłyszałem trzask pękającego szkła. Obejrzałem się. W oknie mojego mieszkania była postać. Sylwetka kata, ale rozmazana, niewyraźna. Podniósł rękę i machnął mi na pożegnanie.
Wsiedliśmy do mojego golfa. Silnik nie chciał zapalić za pierwszym razem. Ani za drugim.
— Chodź, kurwa — szepnąłem.
Za trzecim razem samochód odpalił. Ruszyliśmy w stronę centrum Głogowa.
— Profesorze — zapytałem. — Co się stanie, jeśli nie zdążymy?
— Brzeziński uwolni się całkowicie. I wtedy… wtedy będzie mógł zabijać znowu. Ale tym razem nie będzie ograniczony do jednej osoby na raz.
— Co to znaczy?
— Znaczy to, że będzie mógł opętać każdego, kto dotknie czegokolwiek, czego on dotknął. Każdego, kto wejdzie w miejsce, gdzie przebywał. Każdego, kto usłyszy jego imię.
Zapaliłem kolejnego papierosa. To nie brzmiało dobrze.
— Ile ludzi może opętać?
— Nie ma limitu. Jest demonem klasy najwyższej. Gdyby chciał, mógłby przejąć kontrolę nad całym miastem.
Dojechaliśmy do starego rynku. Główny plac był pusty, tylko kilka latarni rzucało blade światło na brukowe kamienie. Stare kamienice stały jak milczący strażnicy, z ciemnymi oknami wpatrującymi się w noc.
— Tam — wskazał Niewiadomski na wąską bramę między dwoma budynkami. — Kamienica Ossolińskich.
Zaparkował samochód przy bocznej uliczce. Przeszliśmy przez główny rynek. Nasze kroki odbijały się echem od kamiennych ścian. Bruk był nierówny, pokryty mchem i błotem. W powietrzu wisiał zapach wilgoci i czegoś kwaśnego – jak fermentujące owoce.
Ale gdy dotarliśmy do bramy, poczułem, że coś jest nie tak.
Główny rynek za nami wyglądał… inaczej. Jakby się zmienił, kiedy nie patrzyliśmy.
Latarnie świeciły słabiej. Kamienie bruku były ciemniejsze, jakby poplamione czymś. A z okien kamienic dobiegały dziwne dźwięki – szmer głosów, skrzypienie drewna, brzęk metalu.
— Profesorze — szepnąłem. — Coś się dzieje.
Niewiadomski obejrzał się za siebie i pobladł.
— To nie jest nasz czas — powiedział cicho. — Miejsce się przystosowuje. Pokazuje nam, jak wyglądało wtedy.
Kamienice były teraz oświetlone płomienami pochodni. W oknach widać było sylwetki ludzi. A na środku rynku…
Na środku rynku stała szubienica.
Nie była to prosta drewniana konstrukcja. To był masywny kamienny pomnik śmierci – trzy metry wysokości, z żelazną poprzeczką, na której wisiało kilka lin. U podstawy stał kamienny blok – miejsce dla kata.
A wokół szubienicy stał tłum.
Dziesiątki ludzi w średniowiecznych strojach. Mężczyźni w grubych płaszczach, kobiety w ciemnych sukniach, dzieci trzymające się spódnic matek. Wszyscy patrzyli na szubienicę.
Wszyscy byli martwi.
Ich twarze były blade jak wapno, oczy puste, usta otwarte w niemych krzykach. Niektórzy mieli sznur wokół szyi. Inni mieli poderżnięte gardła lub dziury w czaszce.
To były wszystkie ofiary Brzezińskiego. Każdy, kogo zabił przez te trzy lata.
— Kurwa mać — wydusiłem.
Duchy nas nie widziały. Stały nieruchomo, wpatrzone w szubienicę, jakby wciąż czekały na sprawiedliwość, która nigdy nie nadeszła.
— Szybko — powiedział Niewiadomski. — Musimy dostać się do bramy, zanim…
Nie dokończył, bo w tym momencie tłum duchów zaczął się poruszać. Wszyscy jednocześnie odwrócili głowy w naszym kierunku.
Dziesiątki martwych oczu wpatrywało się w nas.
A potem zaczęli iść.
— Biegnij! — krzyknął profesor.
Rzuciliśmy się w stronę bramy między kamienicami. Duchy za nami zaczęły krzyk – nie ludzki krzyk, ale coś, co brzmiało jak wiatr przez otwarte groby.
Brama była wąska, ciemna. Prowadziła do podwórza za kamienicą. Wbiegliśmy tam i zatrzasnęliśmy za sobą ciężkie drewniane drzwi.
Podwórze było małe, otoczone wysokimi murami. Ziemia pokryta była starymi kamieniami bruku, porośniętymi mchem. W środku stała studnia – okrągła, kamienna, z żelazną kręciołką.
Ale to nie była zwykła studnia.
Z głębin dobiegał zapach rozkładu i metaliczny smak krwi. A na krawędzi studni widniały ciemne plamy – jakby ktoś rozlał po niej wiadra krwi.
— To tutaj — powiedział Niewiadomski, pokazując na studnię. — Tu Brzeziński wyrzucał ciała swoich ofiar.
— Do studni?
— Nie było gdzie indziej. Miejski cmentarz był za mały. A ludzie zaczęli się buntować przeciwko publicznym egzekucjom. Więc kat… pozbywał się problemu.
Czułem mdłości. Ta studnia była masowym grobem.
Niewiadomski wyjął z płaszcza dziwne urządzenie. Wyglądało jak kompas, ale zamiast igły wskazującej północ, miało igłę, która drżała i kręciła się chaotycznie.
— Co to jest?
— Detektor nekromantycznej energii. Moja własna konstrukcja.
Igła urządzenia oszalała. Kręciła się tak szybko, że aż świszczała.
— Jest tu więcej energii nekromantycznej niż w całym cmentarzu — powiedział profesor. — To jest epicentrum jego mocy.
Podszedłem do studni. Im bliżej byłem, tym silniej pulsował znak na mojej dłoni. Teraz świecił tak jasno, że mogłem czytać przy jego świetle.
Spojrzałem w głąb studni.
I zobaczyłem je.
Kości. Setki kości. Żebra, czaszki, kości udowe, kręgosłupy. Wszystko zmieszane w jedną białą masę, która wypełniała studnię po brzegi.
A na samym dnie, wśród kości, błyszczał metal.
— Topór — szepnąłem.
— Tak — powiedział Niewiadomski. — Tam jest prawdziwy topór Brzezińskiego. Źródło jego mocy.
W tym momencie za drzwiami bramy rozległ się huk. Duchy próbowały się dostać do podwórza.
— Jak się tam dostaniemy? — zapytałem, pokazując na studnię.
— Będziesz musiał zejść — odpowiedział profesor.
— Zejść? Do studni pełnej kości?
— To jedyna droga. Ale ostrzegam cię… gdy tylko dotkniesz topora, Brzeziński będzie wiedział. I natychmiast się tu pojawi.
Huk za drzwiami stał się głośniejszy. Słyszałem krzyki duchów i skrobanie pazurów o drewno.
— Nie mamy wyboru — powiedziałem.
Chwyciłem za żelazną kręciołkę i zacząłem się spuszczać do studni.
Im głębiej schodziłem, tym gorszy stawał się zapach. To nie był tylko zapach rozkładu. To był zapach strachu, bólu, rozpaczy. Wszystkie emocje ofiar, uwięzione w tym miejscu przez czterysta lat.
Moje stopy dotknęły kości. Chrzęściły pode mną jak suche gałęzie. Niektóre się rozpadały, gdy na nie nadepnąłem.
Topór leżał a raczej wisiał w samym środku stosu. Był piękny na swój makabryczny sposób – masywny kawałek metalu z rzeźbionym trzonkiem. Ale emitował aurę zła tak silną, że miałem ochotę uciec.
Wyciągnąłem rękę w jego stronę.
W tym momencie drzwi do podwórza eksplodowały.
Duchy wlały się na podwórze jak czarna fala. Równocześnie w tym samym momencie w studni pojawił się Brzeziński.
Ale tym razem wyglądał inaczej. Nie był już tylko duchem próbującym się zmaterializować. To była postać z krwi i kości, ożywiona czarną magią czterystu lat nienawiści.
Był wyższy niż poprzednio – ponad dwa metry wzrostu, ale teraz jego ciało wypełniało całą przestrzeń. Ramiona szerokie jak futryna, ręce zwisające niemal do kolan. Skóra pod czarną skórzaną kamizelką nie była już szara jak u topielca. Teraz była czerwona, nabrzmiała, jakby krew krążyła pod nią z siłą kotła parowego. Maska kata była teraz idealna. Nie popękany szmatławiec, ale nowa, wyprawiona skóra, czarna jak smoła i błyszcząca. Starannie wycięte otwory na oczy i usta. Przez dziury na oczy widziałem nie czerwone płomyki, ale oczy. Prawdziwe, ludzkie oczy, ale całkowicie białe – bez tęczówek, bez źrenic. Tylko białe gałki oczne, pokryte czerwonymi żyłkami, które pulsowały jak żywe węże.
Z otworów na nozdrza sączyła się gęsta, żółta ciecz, która kapała na kamizelkę i syczyła, jakby była kwasem. A z otworu na usta wystawał język – nie ludzki język, ale coś czarnego, rozwidlonego jak u węża, długiego na pół metra. Ociekał śliną, która zostawiała dymiące ślady na kamieniu. Ale najgorsze były jego dłonie. Teraz nie były to kościste łapy demona. To były dłonie rzeźnika, który pracował przez wieki. Grube, mięsiste palce z paznokciami długimi na pięć centymetrów. Czarnymi paznokciami, pod którymi tkwiły strzępy czegoś czerwonego – resztki jego poprzednich ofiar. Skóra na dłoniach była pokryta bliznami, poparzeniami, śladami po cięciach. Każda blizna to czyjaś śmierć.
A topór. Nie unosił się w powietrzu jak przed chwilą. Brzeziński trzymał go w prawej dłoni, jakby był naturalnym przedłużeniem jego ręki. Ostrze błyszczało, ale nie było już czyste. Pokrywała je rdza i zaschła krew, która nigdy nie została zmyta. Na trzonku widać było odciski palców – wprasowane w drewno przez lata użytkowania.
Gdy się poruszył, usłyszałem dźwięki, które paraliżowały. Trzask ścięgien rozciągających się pod skórą. Mokry szloch powietrza wydostającego się z płuc. Zgrzyt metalu o kamień, gdy topór uderzał o ścianę studni.
— Witaj w moim domu, skazańcu — powiedział.
Jego głos już nie był echem z zaświatów. To był głos żywego człowieka, ale zepsutego, skażonego. Słowa wydobywały się z gardła z bąblami śliny, jakby mówił przez krew.
— Teraz powalczymy na moich zasadach.

Ostateczna Konfrontacja
Jego głos rezonował w studni jak grzmot, ale ja już wyciągałem rękę w stronę topora. Coś mnie opętało. Jakaś nieludzka siła zmotywowała mnie do wyrwania broni ze szpon kata. To było jak samobójcze posunięcie. Metalowe ostrze było lodowate, ale gdy tylko go dotknąłem, poczułem uderzenie energii tak silne, że omal nie spadłem z kręciołki.
To nie była zwykła broń. Raczej narzędzie naznaczone cierpieniem czterdziestu trzech ludzi. Każda śmierć była w nim uwięziona, każdy krzyk ofiary odbijał się w metalu jak echo. Gdy chwyciłem trzonek, poczułem ich wszystkich – mężczyzn błagających o litość, kobiety krzyczące o swoje dzieci, małe dziewczynki płaczące po mamie.
— Nie dotykaj tego! — ryknął Brzeziński i zaskoczony chciał wyrwać topór rzucając się też całym ciałem w stronę studni.
Ale było za późno. Topór był w moich dłoniach.
I nagle wszystko się zmieniło.
Kości pod moimi stopami eksplodowały białym światłem. Każda czaszka, każde żebro, każda piszczel płonęła zimnym ogniem, jakby została naładowana energią przez czterysta lat czekania. Studnia wypełniła się światłem tak jasnym, że musiałem zamknąć oczy.
Ale słyszałem je. Wszystkie dusze ofiar Brzezińskiego.
Najpierw szept. Potem coraz głośniejszy szmer. A w końcu krzyk – krzyk czterdziestu trzech głosów jednocześnie. Krzyk tak głośny, że kamienie podwórza zaczęły pękać.
— Pomóż nam! — krzyczała kobieta.
— Zabij go! — wołał mężczyzna.
— Mama! — płakało dziecko.
Otworzyłem oczy. Duchy ofiar materializowały się wokół studni. Nie były to blade, mgłowe postacie. To byli ludzie. Prawdziwi ludzie w średniowiecznych strojach, z ranami egzekucji na szyjach, z połamanymi kośćmi, z dziurami w czaszce. Wszyscy patrzyli na Brzezińskiego z nienawiścią tak intensywną, że powietrze wokół nich dygotało.
Kat cofnął się, ale duchy blokowały mu drogę ucieczki. Zaciskały się wokół niego jak pętla.
— To niemożliwe — warczał. — Uwolniłem się! Jestem wolny!
— Nie jesteś wolny — powiedziałem, wstając wśród kości. Topór w moich dłoniach pulsował mocą. — Nigdy nie byłeś wolny. Byłeś więźniem własnej nienawiści.
Duchy zaczęły się zbliżać do kata. Im bliżej były, tym bardziej Brzeziński tracił substancję. Jego skóra stawała się przejrzysta, jakby duchy wysysały z niego energię.
— Nie! — krzyknął i rzucił się na mnie z drugim, nagle zmaterializowanym toporem.
Jego nowy topór świszczał w powietrzu, celując w moją głowę. Uchyliłem się w ostatniej chwili, ale nie całkowicie. Ostrze przeszło tuż nad moim uchem, ale wystarczająco blisko, żeby przeciąć skórę. Poczułem ciepłą strużkę krwi spływającą po szyi.
Ale to był tylko początek.
Brzeziński natychmiast zaatakował ponownie. Tym razem celował w korpus. Próbowałem się uchylić, ale kręciołka pod moimi stopami była śliska od krwi i kości. Poślizgnąłem się.
Topór kata wbił się w moje lewe ramię.
Ból był tak intensywny, że zakręciło mi się w głowie. Ostrze przecięło skórę, mięśnie, aż zatrzymało się na kości. Poczułem, jak stal zgrzyta o żebro. Z rany trysnęła krew, plamiąc kości wokół mnie.
— Aaaagh! — krzyknąłem, chwytając się za ramię.
Brzeziński wyrwał topór z mojego ciała. Usłyszałem mięsisty odgłos – jak odrywanie taśmy klejącej od skóry, tylko że setki razy gorszy. Kawałki mojego mięsa zostały na ostrzu topora.
— Pierwsze cięcie — wysyczał z satysfakcją. — Jeszcze trzydzieści dwa i będziesz gotowy.
Omal nie zemdlałem z bólu. Krew lała się z ramienia jak z otwartego kranu. Czerwone strumyki spływały między kośćmi, mieszając się z krwią ofiar sprzed wieków.
Ale duchy ofiar nie mogły dopuścić do mojej śmierci. Jedna z postaci – stary mężczyzna z przeciętym gardłem – rzuciła się na Brzezińskiego od tyłu. Jej przejrzyste ręce chwyciły kata za szyję.
To dało mi chwilę wytchnienia. Zaciskając zęby, podniosłem zdobyty topór prawą dłonią i sparowałem jego następny cios.
Uderzenie było tak silne, że iskry posypały się jak fajerwerki. Metaliczny brzęk narzędzi śmierci rozniósł się po całym podwórzu, a z kolizji ostrzy wystrzelił płomień – nie zwykły ogień, ale pożar dusz, który palił tylko zło.
Ale Brzeziński był silniejszy. Uderzył mnie nagle łokciem w żebra z taką siłą, że usłyszałem trzask łamiących się kości. Ból przeszył mnie jak piorun. Zgiąłem się wpół, nie mogąc złapać oddechu.
— Słaby jesteś — warknął kat. — Twój koniec będzie szybki.
Podniósł topór nad moją głowę.
W tym momencie Profesor Niewiadomski wskoczył do studni z pergaminem w dłoniach.
— Exorcizo te! — krzyknął, ale Brzeziński był szybszy.
Odwrócił się i rzucił toporem w profesora. Ostrze przebiło mu prawe udo, przeszywając mięśnie i ścięgna na wylot. Niewiadomski upadł z krzykiem na kości, a pergamin poleciał mu z rąk.
— Kurwa! — wrzasnął profesor , chwytając się za nogę. Krew przez jego palce przesączała się między kości. — Nie mogę… nie mogę się ruszyć!
Brzeziński uśmiechnął się pod maską.
— Dwóch przeciwników, dwie rany — powiedział z satysfakcją. — Teraz możemy skończyć to w spokoju.
Podszedł do mnie, wlokąc swój topór po kamieniach. Byłem półprzytomny z bólu. Moje ramię było bezużyteczne, żebra pękły, a z każdym oddechem czułem ostry ból.
Ale wtedy usłyszałem je.
Duchy ofiar zaczęły śpiewać. To nie była ludzka melodia. To był jęk ziemi, krzyk sprawiedliwości, hymn zemsty. Ich głosy łączyły się w jedną potężną falę dźwięku, która sprawiała, że całe podwórze drgało.
I nagle poczułem, jak ból ustępuje. Nie całkowicie, ale na tyle, żebym mógł się ruszyć. Duchy dzieliły się ze mną swoją mocą, swoją determinacją, swoją żądzą zemsty.
— Nie skończyłem z tobą — powiedziałem, podnosząc się z kolan.
Brzeziński zaczął się kurczyć. Duchy wysysały z niego energię, ale wciąż był śmiertelnie niebezpieczny. Zaatakował mnie ostatni raz.
Nie celował już w zabicie. Celował w zniszczenie. Jego topór płonął czarnym ogniem – nie żarem życia, ale chłodem śmierci. Gdy ostrze przecięło powietrze, pozostawiało za sobą smugę ciemności.
Nie miałem czasu na unik. Podniosłem swój topór jedną ręką i zablokowałem cios.
Tym razem eksplozja była potężniejsza. Podwórze wypełniło się oślepiającym światłem, po chwili totalną ciemnością. Usłyszałem trzask łamiących się kamieni, krzyk duchów, ryk Brzezińskiego.
A potem cisza.
Leżałem na plecach wśród rozrzuconych kości, plując krwią. Ból w żebrach był tak silny, że nie mogłem złapać oddechu. Prawe ramię było bezwładne, a krew wciąż sączyła się z rany. Czułem, jak słabnie z każdą sekundą.
Profesor Niewiadomski jęczał leżąc kilka metrów dalej. Topór kata wciąż tkwił w jego udzie, a kość wokół była zakrwawiona. Próbował doczołgać się do pergaminu, ale każdy ruch sprawiał mu ból.
— Mariusz… — wydusił. — Pergamin… dokończ… zaklęcie…
Ale ja ledwo mogłem się ruszyć. Moja lewa ręka zwisała bezwładnie, a w prawej ledwo czułem palce.
Topór kata leżał obok mnie, ale był teraz tylko kawałkiem rdzy. Energia, która go napędzała przez czterysta lat, została wyczerpana.
Brzeziński klęczał za stosem kości. Ale to już nie był potężny demon z krwi i mięśni. To był tylko cień – przejrzysta sylwetka w poszarpanej masce. Jego białe oczy wciąż płonęły, ale słabo, jak świece przed zgaśnięciem.
— To… nie może być koniec — wyszeptał. — Ja… ja mam prawo…
— Nie masz żadnych praw — powiedział profesor, ciągnąc się po kamieniach w stronę pergaminu.
Choć krwawił, choć każdy ruch sprawiał mu ból, dotarł do zwoju i zaczął czytać. Ale tym razem to nie były słowa egzorcyzmu. To były słowa pożegnania. Słowa, które pozwalały duszom odejść w spokoju.
Duchy ofiar zaczęły się rozpraszać. Nie znikały w strachu czy bólu. Uśmiechały się. Po czterech wiekach czekania w końcu otrzymały sprawiedliwość.
Jedna z postaci – młoda kobieta w średniowiecznej sukni – podeszła do mnie i położyła przejrzystą dłoń na moim zdrowym ramieniu.
— Dziękuję — szepnęła. — W końcu jesteśmy wolni.
A potem ona i wszystkie inne dusze rozpłynęły się w świetle, które wypełniło studnię. Nie był to zimny, martwy blask. To było ciepłe światło nadziei, spokoju, zakończenia.
Brzeziński próbował jeszcze coś powiedzieć, ale z gardła wydobył się tylko szept. Postać stawała się coraz bardziej przejrzysta, aż w końcu została po nim tylko maska kata, która spadła na kamienie i rozpadła się w proch.
Spojrzałem na swoją prawą dłoń – tę, którą wciąż mogłem poruszać. Znak topora zniknął. Po raz pierwszy od dwóch dni moja skóra była czysta.
— To koniec? — zapytałem profesora, który oparł się o ścianę studni, wciąż krwawiąc z nogi.
— To koniec — potwierdził, dysząc ciężko. — Brzeziński został zniszczony. Dusze ofiar są wolne. Klątwa została przerwana.
Pomocnym stawało się słońce, zalewając podwórze ciepłym, pomarańczowym światłem. Po raz pierwszy od dwóch dni poczułem się bezpiecznie, mimo że miałem połamane żebra i rany w ramieniu.
— Jak wiedziałeś, że to zadziała? — zapytałem.
— Nie wiedziałem — przyznał profesor, próbując zatamować krwawienie. — Ale miałem nadzieję. Czasem to wszystko, co nam zostaje.
Spojrzałem na studnię. Kości zniknęły. Została tylko pusta, kamienna dziura. Ale nie była już przesiąknięta złem. To było po prostu stare źródło.
— Co teraz? — zapytałem.
— Teraz… — profesor skrzywił się z bólu — trzeba dostać się do szpitala. I to szybko.
Miał rację. Obaj byliśmy poważnie ranni. Ale żyliśmy. I wygraliśmy.
Gdy profesor dzwonił po karetkę, spojrzałem po raz ostatni na studnię. Przez moment wydawało mi się, że widzę małego chłopca w żółtej koszulce z zielonym dinozaurem. Stał przy studni i uśmiechał się.
Pomachał mi ręką, a potem zniknął w pierwszych promieniach słońca.
Sprawiedliwość została w końcu wymierzona. Po czterystu latach czekania.
A my żyliśmy, żeby o tym opowiedzieć. Choć z bliznami, które zostały nam na całe życie.
Epilog
Trzy miesiące później siedziałem w swoim mieszkaniu przy stoliku z czarnym aksamitnym obrusem. Przede mną leżały zwykłe karty tarota – nowa talia, którą kupiłem w sklepie ezoterycznym. Czyste, niewinne karty bez żadnej przeszłości.
Lewa ręka wciąż była słabsza. Lekarze mówili, że to pozostanie na zawsze – topór kata przeciął ważne ścięgna. Ale mogłem nią poruszać, mogłem tasować karty. To wystarczyło.
Naprzeciwko mnie siedziała pani Kowalczyk. Znowu. Tym razem martwiła się o wnuczkę, która zaczęła chodzić z niewłaściwym chłopakiem.
— I co panu karty mówią? — zapytała z nadzieją.
Odwróciłem pierwszą kartę. Zakochani. Druga. Dwójka Kielichów. Trzecia. Słońce.
— Wszystko będzie dobrze — powiedziałem. — To prawdziwa miłość. Niech pani da im szansę.
Pani Kowalczyk uśmiechnęła się i zapłaciła. Gdy wyszła, zostałem sam z kartami.
Spojrzałem na swoją prawą dłoń. Tam, gdzie był znak topora, została ledwo widoczna blizna. Wyglądała jak drobna ryska, jakby ktoś drasnął mnie nożykiem do papieru. Ale ja wiedziałem, co to było.
Przypomnienie.
Profesor Niewiadomski tylko lekko już kulał. Spotykaliśmy się raz w tygodniu na kawie. Nigdy nie rozmawialiśmy o tamtej nocy. Nie było takiej potrzeby. Niektóre rzeczy lepiej zostawić w spokoju.
Ale czasem, gdy padał deszcz i było ciemno, słyszałem echo. Nie głosy duchów – te odeszły w spokoju. Słyszałem echo swojego strachu, swojego bólu. Echo topora uderzającego o kość.
Takie wspomnienia zostają na zawsze.
Ktoś zapukał do drzwi. Kolejny klient. Schowałem karty do pudełka i poszedłem otworzyć.
Za drzwiami stał młody mężczyzna, może dwadzieścia pięć lat. Miał przy sobie starą, skórzaną torbę.
— Pan Czarnecki? — zapytał. — Nazywam się Barański. Chciałbym, żeby pan sprawdził pewien przedmiot. To stary medalion po babci. Dzieją się dziwne rzeczy, odkąd go znalazłem…
Spojrzałem na jego torbę. Czułem od niej znajomy chłód.
— Jakie dziwne rzeczy? — zapytałem.
— Słyszę głosy. W nocy. Ktoś mnie woła po imieniu…
Westchnąłem. Znowu. Zawsze było coś. Zawsze kolejny przeklęty przedmiot, kolejny demon, kolejna historia.
— Proszę wejść — powiedziałem, otwierając drzwi szerzej. — Ale ostrzegam – moje usługi są drogie. I niebezpieczne.
— Zapłacę ile trzeba — odpowiedział szybko. — Tylko niech to się skończy.
Uśmiechnąłem się. Usiadłem z nim przy stoliku i włożyłem nowe karty do szuflady. Na to zadanie będę potrzebował czegoś mocniejszego.
Sięgnąłem po księgę demonologii profesora Niewiadomskiego. Gruba, skórzana księga pełna wiedzy o tym, jak walczyć z mocami ciemności.
Niektórzy mają nudną pracę. Ja miałem ciekawą.
I choć moja lewa ręka już nigdy nie będzie taka jak dawniej, to prawą wciąż mogłem trzymać broń.
A to wystarczyło.
Darmowe pytanie do kart tarota
