Z archiwum Mariusza Czarneckiego

Nazywam się Mariusz Czarnecki i jestem rytualistą z Polkowic. To, co przeczytacie, to nie fikcja literacka. To jedna z moich prawdziwych spraw – historia, która pokazuje, jak cienka jest granica między naszym światem a tym, co czai się po drugiej stronie.

Telefon zadzwonił pewnego październikowego wieczoru. Głos w słuchawce drżał ze strachu – młoda matka z okolic Chocianowa, której sześcioletnia córka zaczęła rozmawiać z „niewidzialnym przyjacielem”. Na początku wydawało się to normalne. Dzieci często mają wyimaginowanych towarzyszy zabaw.

Ale to nie było normalne.

Dziewczynka znała szczegóły niemożliwe do poznania. Opisywała zmarłego poprzedniego właściciela domu z precyzją, która mrożiła krew w żyłach. Mówiła o jego żonie, o „specjalnym pokoju w dole”, o rzeczach, których sześciolatka nie powinna wiedzieć.

W tej historii poznacie prawdziwą naturę mojej pracy. Zobaczycie, jak wygląda konfrontacja z siłami, które wykraczają poza nasze pojmowanie rzeczywistości. Dowiecie się, jak przeprowadzam rytuały oczyszczenia i ochrony, jak wspólnie z Iloną Wiśniewską – ekspertką od Kronik Akaszy – radzimy sobie z przypadkami, które przekraczają granice zwykłej paranormalności.

To nie jest opowiadanie pisane dla rozrywki. To relacja z rzeczywistych wydarzeń, które zmieniły życie pewnej rodziny. Historia o tym, jak miłość może przekroczyć śmierć, ale czasem przyprowadza ze sobą coś znacznie gorszego.

Opisane rytuały są autentyczne. Metody, których używam, pochodzą z lat praktyki i studiowania tradycji ezoterycznych. Ale ostrzegam – niektóre granice nie powinny być przekraczane przez nieprzygotowanych.


Jeśli szukasz pomocy w podobnych sprawach, znajdziecie moje kontakty na stronie. Pamiętajcie jednak – moja praca to nie zabawa. To odpowiedzialność za życie ludzi, którzy nie mają już dokąd się zwrócić.

Mariusz Czarnecki
Rytualista, Polkowice


Telefon 

Telefon zadzwonił o dziesiątej wieczorem. Siedziałem w fotelu, popijając trzecią już herbatę tego dnia i przeglądając notatki z ostatniego zlecenia – sprawy z nawiedzonym sklepem w centrum Polkowic. Miękki blask lampy padał na rozsypane po stoliku karty tarota i fragment książki o runach nordyckich. Za oknem szumiały liście akacji, które rosły przed blokiem. Październikowy wiatr był już ostry, zwiastował nadchodzącą zimę.

Sięgnąłem po komórkę, nie spodziewając się niczego pilnego. Numer był mi nieznany.

— Słucham, Mariusz Czarnecki.

— Dzień dobry, czy to ten pan, który… — kobiecy głos załamał się na chwilę. Słyszałem, jak kobieta próbuje zebrać siły. — Przepraszam, ja nie wiem, jak to powiedzieć. Znajomy dał mi pana numer. Mówił, że pan pomaga w… dziwnych sprawach.

Odstawiłem kubek na stolik. W głosie kobiety słyszałem więcej niż tylko zmęczenie. Było tam coś, co poznawałem już po latach pracy – ten szczególny rodzaj strachu, który rodzi się z bezradności wobec rzeczy niewytłumaczalnych.

— Proszę mówić spokojnie. Nazywam się Mariusz i faktycznie zajmuję się… nietypowymi problemami. Co się dzieje?

— Katarzyna Nowak. Mieszkamy pod Chocianowem, kupiliśmy dom miesiąc temu i… — Przerwała, słyszałem, jak bierze głęboki oddech. — Panie Mariuszu, z naszą córką dzieje się coś złego. Ma sześć lat i rozmawia z kimś, kogo nie ma. Mówi, że to jej nowy przyjaciel. Ale to nie wszystko.

Usiadłem wygodniej i sięgnąłem po notes. Zawsze robiłem notatki już podczas pierwszej rozmowy – detale, które wydawały się nieistotne, często okazywały się kluczowe.

— Proszę opowiedzieć wszystko od początku. Jakie córka ma imię?

— Zuzia. Zuzanna. Na początku myśleliśmy, że to normalne, dzieci często mają wyimaginowanych przyjaciół. Ale ona… ona mówi rzeczy, których sześciolatka nie powinna wiedzieć. Opisuje tego mężczyznę bardzo dokładnie – starszy pan z brodą, w czarnym garniturze, z bliznami na dłoniach. A potem… potem powiedziała mi, że on pokazał jej zdjęcia swojej zmarłej żony.

Żołądek ścisnął mi się w supełek. Pióro zatrzymało się nad kartką.

— Skąd dziecko może wiedzieć o żonie poprzedniego właściciela?

— Nie wiem! — głos Katarzyny załamał się. — My nic jej nie mówiliśmy. Nikt nie mówił. A ona opisała tę kobietę – jasne włosy, niebieska sukienka, delikatne ręce. Gdy pytamy, skąd to wie, mówi tylko, że pan Stasiu jej pokazał.

Zapisałem „kontakt z duchem”, „wiedza niemożliwa do zdobycia”, „imię zmarłego”. Sprawa robiła się poważna.

— A oprócz rozmów córki? Czy dzieje się coś jeszcze?

— Tak… O Boże, tak. — Głos Katarzyny zadrgał. — Na ścianach pojawiają się plamy. Czerwone plamy, które wyglądają jak… jak krew. Mąż myje je, a one wracają następnego dnia. I te odgłosy nocami – jakby ktoś chodził po podłodze na górze, ale tam nikogo nie ma. A w niektórych pokojach temperatura spada tak dramatycznie, że widzimy własny oddech.

Poczułem, jak włoski na karku mi się jeżą. Zapisałem „plamy krwi”, „odgłosy kroków”, „drastyczne spadki temperatury”.

— Czy córka reaguje jakoś na te zjawiska?

— To najgorsze. Zuzia… ona się nie boi. Uśmiecha się, gdy pojawiają się te plamy. Mówi, że to znak od pana Stasia, że jest z nami. Wczoraj znaleźliśmy ją w piwnicy o trzeciej w nocy. Stała przed ścianą i rysowała palcem jakieś symbole w powietrzu. Gdy zapytałem, co robi, powiedziała, że pan Stasiu uczy ją „specjalnych znaków”.

Krew zamarzła mi w żyłach.

— Pani mąż też to wszystko obserwuje?

— Tomasz na początku mówił, że się przesadzam. Ale tydzień temu wszedł do salonu i zobaczył, jak wszystkie zdjęcia na kominku obróciły się twarzami do ściany. Same. W tym samym momencie. A potem… potem usłyszał śmiech. Męski śmiech dobiegający z piwnicy. Gdy zszedł sprawdzić, była pusta. Ale na podłodze były odciski stóp. Wilgotne odciski, jakby ktoś tam chodził w mokrych butach.

W jej głosie słyszałem rozpacz. Rodzice często przychodzili do mnie właśnie w takim momencie – kiedy racjonalne tłumaczenia się kończyły, a strach zaczynał paraliżować codzienne życie.

— Czy wie pani cokolwiek więcej o poprzednim właścicielu? Jak zmarł? Czy mieszkał sam?

— Stanisław Jasiński. Mieszkał sam, był wdowcem. Podobno chorował na serce, zmarł w szpitalu. Ale sąsiadka powiedziała… — Zawahała się. — To może brzmieć głupio.

— Proszę mówić. W mojej pracy nic nie brzmi głupio.

— Sąsiadka mówiła, że Jasiński w ostatnim czasie dziwnie się zachowywał. Palił ogniska w ogrodzie wieczorami, przychodzili do niego jacyś ludzie. A potem, po jego śmierci, gdy spadkobiercy sprzątali dom… w piwnicy znajdowali dziwne rzeczy. Książki, jakieś przedmioty. Wszystko wyrzucili, ale…

— Ale córka rozmawia z kimś, kto pasuje do jego opisu.

— Tak. Zuzia mówi, że jej przyjaciel jest smutny, bo ktoś mu przeszkadza. Że chce wrócić do swojego domu. A to był jego dom.

Poczułem, jak adrenalina powoli podnosi mi tętno. Ten przypadek miał wszystkie cechy klasycznego nawiedzenia z elementami nekromancji. Zmarły praktykujący czarną magię, dziecko jako wrażliwe medium, aktywność poltergeistowa. Ale potrzebowałem więcej informacji.

— Pani Katarzyno, czy córka mówi coś jeszcze o tym… przyjacielu? Jak się zachowuje podczas tych rozmów?

To najgorsze. Zuzia zmienia się wtedy kompletnie. Jej głos staje się dziwny, czasem mówi słowa, których nie powinna znać. Wczoraj powiedziała, że „musi pomóc panu Stasiowi dokończyć jego pracę”. Gdy zapytałam, jaką pracę, odpowiedziała głosem… głosem dorosłego mężczyzny: „Sprowadzić Irenę z powrotem. Ona czeka po drugiej stronie”.

Zapisałem „kontrola przez ducha?” i podkreśliłem to dwukrotnie. Sytuacja była poważniejsza, niż początkowo myślałem.

— Gdzie dokładnie państwo mieszkają? Potrzebuję adresu.

— Wieś pod Chocianowem, około piętnastu kilometrów od Polkowic. Dom stoi na skraju lasu, na końcu wsi. Kowalska 15.

— Dobrze. Czy mogę przyjechać jutro rano? Muszę zobaczyć dom i porozmawiać z córką.

— Tak, proszę. Ale… — Zawahała się. — Ile to będzie kosztować? My nie mamy dużo pieniędzy, dopiero kupiliśmy dom…

— Najpierw zobaczę, z czym mamy do czynienia. Jeśli będę mógł pomóc, ustalimy opłatę. Ale najpierw muszę ocenić sytuację. Jednak na pewno nie więcej niż piętnaście tysięcy. 

Usłyszałem jej westchnienie ulgi.

— Dziękuję. Dziękuję bardzo. Naprawdę przyjechałby pan rano? Zuzia będzie w przedszkolu do czternastej, może wtedy będzie spokojniej.

— Będę około dziesiątej. A do tego czasu proszę nie zostawiać córki samej, zwłaszcza w pokojach, gdzie było najzimniej. I proszę nie pozwalać jej chodzić do piwnicy.

— Do piwnicy? Dobrze, dobrze… zamkniemy drzwi na klucz.

— Proszę na wszystkie świętości jej tego nie pozwalać. I proszę pilnować córki przez całą noc – nie zostawiajcie jej samej ani na moment. Widzimy się jutro rano.

Rozłączyłem się i patrzyłem na notatki. Dziecko jako medium, zmarły praktykujący magię, aktywność poltergeistowa koncentrująca się w miejscu jego śmierci. Przypadek wyglądał na typowe nawiedzenie z elementami nekromancji, ale z jednym niepokojącym szczegółem – Zuzia sama wspomniała o piwnicy. Wstałem i podszedłem do szafki, gdzie trzymałem podstawowe narzędzia pracy. Sprawdziłem zawartość torby: świece białe i czarne, sól morska, kawałki żelaza, olej ochronny, kompas, notes w skórzanej oprawie. Jutro prawdopodobnie będę potrzebował więcej, ale na pierwszą wizytę to wystarczy.

Spojrzałem na zegarek. Była już dwudziesta trzecia. Postanowiłem zadzwonić do Ilony – jeśli sprawa okaże się poważna, będę potrzebował jej umiejętności czytania Kronik Akaszy. Ale to może poczekać do jutra, po pierwszym rozpoznaniu. Przygotowałem kawę w termosie – jutrzejszy dzień zapowiadał się długo. Dom na skraju lasu, dziecko rozmawiające z duchem poprzedniego właściciela, piwnica pełna sekretów. Wszystko to składało się w obraz, który znałem z doświadczenia.

Tylko musiałem się dowiedzieć, czy Stanisław Jasiński naprawdę nie może znaleźć spokoju, czy może zostało w domu coś więcej niż tylko jego niespokojny duch.

Chocianów

Pierwsza Wizyta w Domu

Wyjechałem z Polkowic o wpół do dziesiątej, gdy poranne słońce już rozpędziło mgłę, ale powietrze wciąż było chłodne i ostre. Termos z kawą stał na siedzeniu pasażera,obok torby z narzędziami. Droga do Chocianowa wiodła przez lesisty krajobraz Dolnego Śląska – sporadyczne pola już pożółknięte po żniwach, małe wioski z czerwonymi dachówkami, które błyszczały w słońcu.

Za Chocianowem skręciłem w wąską asfaltową drogę, która po dwóch kilometrach zamieniła się w utwardzoną żwirówkę. GPS pokazywał, że dojeżdżam na miejsce. Droga wiodła teraz przez gęsty las – wysokie sosny i świerki tworzyły naturalny tunel, przez który przebijały się tylko pojedyncze snopy światła. Powietrze zrobiło się wilgotne i pachniało żywicą, mchem i przegniłymi liśćmi. Dom pojawił się nagle, gdy las się rozstąpił. Stał na niewielkiej polanie, otoczony z trzech stron ścianą drzew. Był większy, niż się spodziewałem – dwupiętrowy, drewniany, z szeroką werandą biegnącą wzdłuż całego frontu. Kiedyś musiał być piękny, ale teraz widać było, że wymaga remontu. Farba na ścianach łuszczyła się, niektóre deski ganku były wypaczone, a rynny pokryte rdzą.

Zaparkowałem na żwirowym podjeździe i wsłuchałem się w ciszę. Jedynym dźwiękiem był szept wiatru w koronach drzew i odległe stukanie dzięcioła. Dom wydawał się jakoś zbyt cichy – żadnych normalnych odgłosów codziennego życia, żadnej muzyki, rozmów, brzęku naczyń. Jakby był pusty, choć wiedziałem, że rodzina Nowaków czeka na mnie w środku.

Wziąłem torbę i podszedłem do drzwi frontowych. Drewniane schody skrzypiały pod butami – wilgoć z lasu sprawiała, że deski były miękkie i sprężyste. Zanim zdążyłem zapukać, drzwi się otworzyły.

— Pan Mariusz? — Kobieta w moim wieku, z ciemnymi włosami splecionymi w luźny warkocz, wyglądała na zmęczoną. Pod oczami miała sine cienie, a dłonie lekko drżały. — Katarzyna Nowak. Dziękuję, że pan przyjechał.

— Dzień dobry. Miło panią poznać.

Uścisnęliśmy sobie dłonie. Jej skóra była zimna, mimo że dzień był dość ciepły. Zaprowadziła mnie do środka.

Wnętrze domu było przygnębiające. Wysoki sufit z odsłoniętymi belkami drewnianymi, szerokie okna, przez które powinno wpadać dużo światła, ale jakoś było tu ciemno. Powietrze delikatnie stęchłe, jakby dom nie był wietrzony od tygodni. Pachniało kurzem, starym drewnem i czymś jeszcze – słodkawym, nieprzyjemnym zapachem, którego nie potrafiłem zidentyfikować.

— To mój mąż, Tomasz.

Wskazała gestem w stronę salonu, gdzie mężczyzna wstał z kanapy. Podeszła do niego i położyła dłoń na jego ramieniu – gest, który wyglądał na poszukiwanie oparcia, jakby potrzebowała jego bliskości po tym wszystkim, co ich spotkało. Mężczyzna wstał z kanapy w salonie. Był wyższy ode mnie, szeroki w barach, z krótkimi jasnymi włosami. Wyglądał jak ktoś, kto pracuje fizycznie, ale teraz wydawał się zmęczony i zdenerwowany.

— Pan to ten… specjalista? — Jego głos brzmiał niepewnie.

— Zajmuję się zjawiskami paranormalnymi — odpowiedziałem spokojnie. — Proszę opowiedzieć mi dokładnie, co tu się dzieje.

 Usiedliśmy w salonie. Pokój był duży, z kominkiem po jednej stronie i dużym oknem wychodzącym na las. Ale gdy tylko usiadłem, poczułem dziwny chłód. Mimo ciepłego październikowego dnia, w tym pokoju było nieprzyjemnie zimno – jakby ktoś otworzył lodówkę i nie zamknął jej z powrotem.

— Zaczęło się trzeciego dnia po przeprowadzce — powiedziała Katarzyna, nalewając mi herbatę do delikatnej porcelanowej filiżanki. Jej dłonie lekko drżały, kilka kropli herbaty wylało się na spodek. — Zuzia weszła do swojego nowego pokoju na górze i nagle zaczęła z kimś rozmawiać. Głośno, jak z prawdziwą osobą. Myśleliśmy, że to normalne, przecież dzieci często mają wyimaginowanych…

— Ale gdy poszedłem sprawdzić, co robi — wtrącił Tomasz, przecierając dłonią czoło — zobaczyłem, jak siedzi w kącie przy oknie i prowadzi normalną konwersację. Pytała: „A dlaczego pan jest smutny?”, potem milczała, jakby słuchała odpowiedzi, a następnie mówiła: „Ale ja nie mogę panu pomóc wrócić, bo mama mówi, że nie wolno mi schodzić do piwnicy”.

Katarzyna odstawiła czajnik i usiadła obok męża.

— To nie było dziecięce fantazjowanie — powiedziała cicho. — Zuzia opisywała tego… kogoś bardzo szczegółowo. Starszy mężczyzna z siwą brodą, w ciemnym garniturze, z bliznami na dłoniach. Mówiła, że pachnie dziwnie, jak stare książki i coś jeszcze… coś nieprzyjemnego. I że jest bardzo, bardzo smutny, bo tęskni za swoją żoną.

— A potem powiedziała coś, co sprawiło, że włosy stanęły mi dęba — dodał Tomasz, jego głos stał się cichy, napięty. — Spojrzała na nas i powiedziała: „Pan Stasiu mówi, że wy nie powinniście tu mieszkać. To jego dom. Ale może zostaniecie, jeśli pomocie mu znaleźć panią Irenę”.

Poczułem, jak zimny dreszcz przechodzi mi po plecach. Zapisałem szybko: „Zuzia zna imiona”, „szczegółowy opis”, „własność terytorialna ducha”.

— Skąd mogła znać te imiona? — zapytałem.

— Nie mieliśmy pojęcia — odpowiedziała Katarzyna, jej głos załamał się. — Dopiero gdy zadzwoniliśmy do agenta nieruchomości, dowiedzieliśmy się, że poprzedni właściciel rzeczywiście nazywał się Stanisław Jasiński. I że jego żona Irena zmarła dwa lata temu na raka.

Wyjąłem notes i zacząłem zapisywać.

— Gdzie jest pokój córki?

— Na górze, drugie drzwi na prawo — powiedziała Katarzyna. — Ale to nie dzieje się tylko tam. Te… zjawiska rozprzestrzeniają się po całym domu.

Tomasz wstał z kanapy i podszedł do okna, odwracając się do nas plecami.

— Wczoraj w nocy obudziły mnie kroki na schodach — powiedział cicho. — Ciężkie, męskie kroki. Myślałem, że to włamywacz. Wziąłem kij bejsbolowy i sprawdziłem cały dom. Nikogo. Ale na schodach były mokre ślady stóp, jakby ktoś wszedł z deszczu. A na dworze była sucha pogoda od tygodnia.

Katarzyna zadrżała.

— A w kuchni… — Urwała i spojrzała na męża. — Powiedz mu o lustrze.

— W łazience na górze mamy duże lustro nad umywalką — kontynuował Tomasz, wciąż nie odwracając się od okna. — Wczoraj wieczorem, gdy myłem zęby, zobaczyłem w odbiciu kogoś stojącego za mną. Odwróciłem się błyskawicznie – nikogo. Ale lustro było zaparowane, jakby ktoś oddychał na nie ciepłym powietrzem.

Spojrzałem wokół salonu. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało normalnie – kanapa, stoliki, regał z książkami, telewizor. Ale powietrze było gęste, nasycone napięciem. Czułem to skórą – uczucie obecności, jakby niewidzialne oczy śledziły każdy nasz ruch.

— Czy mogę zobaczyć cały dom? — zapytałem.

Katarzyna skinęła głową i poprowadziła mnie na górę. Schody skrzypiały pod naszymi stopami. Na piętrze było cieplej, ale panował tu ten sam stęchły zapach.

— To pokój Zuzi.

Otworzyła drzwi na końcu korytarza. Pokój był jasny, z żółtymi ścianami i łóżkiem pełnym pluszowych zabawek. Ale w powietrzu wisiało napięcie, które mogłem niemal dotknąć. Podszedłem do okna – wychodziło na tyły domu, na las.

— Tutaj najczęściej z nim rozmawia — powiedziała Katarzyna cicho. — Siada w tamtym kącie przy oknie. Spojrzałem na wskazane miejsce. Dywan był lekko wygnieciony, jakby ktoś często tam siadał. Ale to nie to było niepokojące. Temperatura w tym kącie była wyraźnie niższa niż w reszcie pokoju.

— A piwnica? — zapytałem.

Tomasz wymienił spojrzenie z żoną.

— Byliśmy tam sami z żoną tylko raz, pierwszego dnia — przyznał. — Spadkobiercy poprzedniego właściciela zostawili klucze, więc sprawdziliśmy, co tam jest. Puste regały, stare pudła, nic specjalnego. Ale od tamtej pory Zuzia… ona tam wraca sama. W nocy. Znajdujemy ją przy tej samej ścianie.

— Stoi tam i rysuje palcem w powietrzu jakieś dziwne symbole — dodała Katarzyna. — Jakby widziała coś, czego my nie widzimy. A gdy pytamy, co robi, mówi, że pan Stasiu pokazuje jej „ważne znaki”.

— A wczoraj powiedziała coś, co mnie przeraziło — dodała Katarzyna. — Że pan Stasiu tęskni za swoim „specjalnym pokojem w dole” i że tam robił „ważne rzeczy dla pani Ireny”. Skąd sześciolatka może wiedzieć o jakichś specjalnych czynnościach w piwnicy?

To było dokładnie to, czego się obawiałem. Dziecko komunikujące się z duchem zmarłego, który najwyraźniej nie chciał opuścić domu. A jeśli w piwnicy znajdowały się przedmioty związane z czarną magią, sprawa stawała się poważna.

— Chciałbym jednak koniecznie zobaczyć piwnicę — powiedziałem.

Drzwi do piwnicy znajdowały się w kuchni. Były masywne, drewniane, z ciężkim żelaznym zamkiem. Tomasz przekręcił klucz i pchnął drzwi. Natychmiast wydobył się zapach stęchlizny i czegoś jeszcze – metaliczny, ostry odór, który kojarzyłem z rytuałami krwi.

Włączyłem latarkę i ruszyłem po stromych drewnianych schodach. Piwnica była większa, niż się spodziewałem – ciągnęła się pod całym domem. Przy ścianach stały stare regały, na podłodze walały się pudła i różne przedmioty.

Ale to, co zobaczyłem na końcu piwnicy, kazało mi przyspieszyć kroki.

Na ścianie był narysowany wielki pentagram – czerwoną farbą albo… krwią. Wokół niego dziwne symbole, których nie rozpoznawałem. A pod ścianą stały pozostałości ołtarza – kamienna płyta pokryta plamami, zdecydowanie zbyt ciemnymi jak na zwykły kurz.

— Chryste Panie — wyszeptał Tomasz za moimi plecami.

Podszedłem bliżej. Na ołtarzu leżały jeszcze pojedyncze przedmioty – świece czarne jak węgiel, kryształy o nieprzyjemnie ciemnym blasku, kawałek metalu, który wyglądał jak rytualny sztylet. Wszystko to składało się w jeden obraz: Stanisław Jasiński nie był zwykłym starszym panem. Był praktykiem czarnej magii. A jeśli tu, w piwnicy, przeprowadzał rytuały mające na celu komunikację z innymi wymiarami, mógł otworzyć bramę, której nie potrafił potem zamknąć.

A teraz coś – albo ktoś – używał małej Zuzi, żeby wrócić do tego miejsca.

— Państwo muszą natychmiast wyprowadzić się z tego domu — powiedziałem, odwracając się do przerażonych rodziców. — Przynajmniej na kilka dni, póki nie uporam się z tym problemem.

— Ale my dopiero kupiliśmy ten dom — powiedział Tomasz. — Wszystkie nasze oszczędności…

— Jeśli zostaniecie, córka może być w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

Chocianów

Historia Poprzedniego Właściciela

Gdy wyszliśmy z piwnicy, Katarzyna drżała jak liść. Tomasz zamknął drzwi na klucz, ale jego ręce też się trzęsły. Zapach z piwnicy – słodki, metaliczny, chory – wciąż czepił się moich ubrań.

— Muszę porozmawiać z sąsiadami — powiedziałem, patrząc na przerażonych rodziców. — I ze spadkobiercami Jasińskiego. Potrzebuję wiedzieć więcej o tym, co tu się działo.

— My nic nie wiedzieliśmy — wyszeptała Katarzyna. — Pośrednik nie wspomniał o… o czymś takim.

Nic dziwnego. Kto kupiłby dom, gdyby wiedział, że poprzedni właściciel urządził sobie w piwnicy ołtarz do czarnej magii?

— Mówiliście, że pani Kowalik przyniosła wam ciasto na powitanie. Mieszka tu od czterdziestu lat?

— Tak, trzy domy dalej — odpowiedział Tomasz. — To starsza pani, zna wszystkich w okolicy. Pewnie wie więcej niż nam powiedziała przy pierwszej wizycie.

Spojrzałem przez okno na las otaczający dom. Między drzewami migały dachy innych domów, rozsiane w znacznych odstępach. Typowa wiejska społeczność – taka, gdzie każdy wie wszystko o wszystkich, ale nie zawsze mówi to od razu obcym.

— Dobrze. Porozmawiam z nią. Ludzie często ukrywają niepokojące szczegóły przed nowymi mieszkańcami, żeby ich nie straszyć. Ale gdy sytuacja staje się poważna, język się rozwiązuje.

Poszedłem wąską asfaltową drogą prowadzącą przez wieś. Moje kroki odbijały się echem od pustej szosy – dziwne, że o tej porze dnia nie było nikogo na ulicach. Mijałem małe domy z ogrodami, gdzie jesienne chryzantemy i astry kwitły w ostatnim przypływie koloru przed zimą. Powietrze pachniało spalającymi się liśćmi i ziemią przygotowującą się do snu. Ale im dalej szedłem od domu Nowaków, tym bardziej czułem dziwny ciężar osiadający mi na piersi. Jakby atmosfera robiła się gęstsza, lepka, trudniejsza do przedzierania się przez nią. Każdy oddech wymagał większego wysiłku. Pot wystąpił mi na czoło, mimo że dzień był chłodny.

Coś było nie tak z tym miejscem. Energia unosząca się w powietrzu była chora, skażona. Miejsca naznaczone czarną magią potrafią wpływać na otoczenie – wiedziałem to z doświadczenia. Zło się rozpływa, sączy przez ziemię jak trucizna, zatruwa wszystko w promieniu kilkuset metrów. Za kolejnym płotem, przy trzecim domu po prawej, dostrzegłem kobietę karmiącą kury. Dom państwa Kowalik był mały, jednopiętrowy, z czerwoną dachówką i zadbanym ogródkiem. Grządki z kapustą, drzewa owocowe, krzaki bzu – wszystko wyglądało normalnie.

Ale kury zachowywały się dziwnie. Gdy się zbliżyłem, przestały jeść i cofnęły się w kierunku kórnika, trzepocząc niespokojnie skrzydłami. Starsza kobieta w granatowym swetrze podniosła wzrok i natychmiast zobaczyłem w jej oczach niepokój.

Zwierzęta czują takie rzeczy lepiej niż ludzie.

— Dzień dobry, szukam pani Kowalik…

Odwróciła się i spojrzała na mnie podejrzliwie, przyglądając się mojemu ubraniu i twarzy z uwagą kogoś, kto w małej społeczności od razu rozpoznaje obcych.

— A pan kto? Nie z urzędu? — zapytała, ściskając w dłoni garść ziarna dla kur.

— Mariusz Czarnecki. Państwo Nowak, którzy kupili dom Jasińskiego, poprosili mnie o pomoc w pewnej sprawie.

— Ach, ci młodzi z dzieckiem — jej twarz złagodniała. — Miła rodzinka. A jaka pomoc? Coś z domem nie tak?

— Powiedzmy, że mają… problemy z poprzednim właścicielem.

Kobieta zmarszczyła brwi.

— Ale Jasiński nie żyje już pół roku. Jaki może sprawiać problemy?

— Właśnie o to chciałbym z panią porozmawiać. Może pani mi opowiedzieć coś o tym człowieku? Jak się zachowywał przed śmiercią?

Twarz kobiety momentalnie się zmieniła. Zbladła, oczy się rozszerzyły, a garść ziarna wysypała się z jej drżących palców na ziemię. Kury natychmiast rzuciły się na pokarm, ale ona ich nie zauważała.

— O tym człowieku… — wyszeptała, rozglądając się dookoła, jakby Jasiński mógł wyłonić się zza któregoś z krzaków. — Boże święty, o tym człowieku…

Przerwała i nerwowo otarła ręce o fartuch.

To nie jest rozmowa na podwórko — powiedziała szybko. — Sąsiedzi mogą słyszeć. Niech pan wejdzie do domu.

Kuchnia państwa Kowalik pachniała cynamonem i jabłkami – gdzieś w piecu piekła się szarlotka. Ale kobieta jakby całkowicie zapomniała o wypiekach. Nastawiała wodę na herbatę, ale jej ręce drżały tak bardzo, że ledwie mogła trzymać czajnik. Klekot naczyń był jedynym dźwiękiem w ciszy, która nagle stała się gęsta od niewypowiedzianych sekretów.

— Mąż jest w pracy – powiedziała, siadając naprzeciwko mnie przy stole. — Ale nawet jak wróci, nie będzie chciał o tym rozmawiać. Mówi, że to przeszłość, że nie nasza sprawa.

— Ale pani pamięta.

— Boże, jak mogłabym zapomnieć. — Otarła oczy wierzchem dłoni. — Ten człowiek… Jasiński… przez ostatnie dwa lata przed śmiercią robił rzeczy, które… to nie było normalne.

Czekałem, dając jej czas. Wiedziałem, że najlepsze informacje pochodzą od ludzi, którzy sami chcą się wyżalić.

— Nocami palił ogniska w ogrodzie — powiedziała, a jej głos stał się szeptem. — Ale to nie były zwykłe ogniska, rozumie pan. Ogień płonął dziwnymi kolorami – zielonymi, niebieskimi płomieniami, które tańczyły jak żywe istoty. Nie jak normalne drewno. A zapach… — Zadrżała i przytuliła ramiona do siebie. — Chryste, ten zapach. Jak spalenizna zmieszana ze zgniłym mięsem. Czasem tak intensywny, że musiałam zamykać okna, mimo że było duszno.

Żołądek podszedł mi do gardła. Znałem ten zapach z kilku przypadków. To był charakterystyczny odór spalanych ofiar rytualnych – zwierzęcych lub jeszcze czegoś bardziej odrażającego.

— Mój dom stoi na wzniesieniu — wyjaśniła. — Z okna sypialni na górze mam widok na jego podwórko. Widać przez las, zwłaszcza nocami, gdy płomienie były wysokie. Kowalski kręcił się wokół tych ognisk jak opętany…, mamrotał coś pod nosem, rzucał do płomieni różne rzeczy. Raz widziałam, jak wrzucił coś, co wyglądało jak… jak kości. Długie, białe kości.

Przełknęła ślinę z trudem.

— A potem zaczęli przyjeżdżać ci ludzie. Zawsze w nocy, po północy. Samochody bez świateł, żeby nikt nie widział. Podjeżdżali cicho, jakby się skradali. Ale ja nie śpię dobrze od lat, więc słyszałam silniki. Wyglądałam przez firankę i widziałam ich – dziwni ludzie w długich, czarnych płaszczach z kapturami na głowach. Nie widziałam twarzy, tylko cienie.

Wstała od stołu i podeszła do okna, wyjrzała ostrożnie, jakby sprawdzała, czy ktoś nie podsłuchuje.

— Ale najgorsze były te śpiewy — wróciła do stołu, jej głos był teraz ledwie słyszalny. — Takie… nieludzkie. Nie słowa, które znałabym. Brzmiały jak syczeć węży albo jak wiatr przewracający się przez grób. I zawsze, gdy śpiewali, płomienie robiły się wyższe, bardziej kolorowe. A ja czułam… czułam jakby coś mnie obserwowało. Jakby te śpiewy przyciągały rzeczy, które nie powinny tu być.

Jej dłonie drżały tak mocno, że filiżanka stukała o spodek.

— Raz, było to w grudniu, widziałam, jak jeden z tych ludzi niósł jakiś długi zawiniątko. Białe, jak prześcieradło. Ale kształt… kształt był… ludzki.

— Czy kontaktowała się pani z policją?

— A kto by uwierzył? — Pani Kowalik roześmiała się gorzko. — Stary Jasiński mieszkał tu od dwudziestu lat, był cichy, grzeczny. Nikt by nie uwierzył, że nagle stał się… czym stał się.

— Co się zmieniło? Dlaczego zaczął praktykować wygląda, że czarną magię?

— Zmarła mu żona, Irena. To było dwa i pół roku temu. Rak, szybko poszło. Ale Jasiński nie mógł się pogodzić. Mówił wszystkim, że znajdzie sposób, żeby ją odzyskać. Żeby była znowu z nim.

Serce zabiło mi mocniej. Nekromancja. Próba wskrzeszenia zmarłych. To była jedna z najniebezpieczniejszych form czarnej magii.

— A w ostatnich miesiącach przed śmiercią?

— To było najgorsze. — Głos kobiety stał się szeptem. — Przestał wychodzić z domu. Ale w nocy… w nocy było słychać krzyki z jego piwnicy. Nie ludzkie krzyki. Zwierzęce. I czasem… czasem coś odpowiadało.

Dreszcz przeszedł mi po plecach. Jeśli Jasiński rzeczywiście próbował kontaktować się z zmarłą żoną, mógł przypadkowo otworzyć bramę dla znacznie gorszych rzeczy.

— Wie pani, jak zmarł?

— Zawał serca, w szpitalu. Ale przed śmiercią bredził. Mówił lekarzom, że „oni” przychodzą po niego, że nie skończył jeszcze swojej pracy. Że musi wrócić do domu.

Poczułem, jak pot wystąpił mi na czoło. Kowalski zmarł, ale jego obsesja przetrwała. A teraz używał małej Zuzi, żeby dokończyć to, co zaczął.

— Czy wie pani coś o spadkobiercach? Gdzie mogę ich znaleźć?

— Jego siostrzeniec, Paweł Jasiński. Mieszka w Legnicy. Telefon mam zapisany w komórce, bo dzwoniłam do niego jeszcze po pogrzebie.

Zapisałem numer i podziękowałem pani Kowalik. Gdy wychodziłem, złapała mnie za rękę.

— Panie Mariuszu… to młode małżeństwo z córką… niech pan im pomoże. Ten dom… tam dzieje się coś złego. Ja czasem jeszcze słyszę te krzyki w nocy. A przecież Jasiński nie żyje już pół roku.

Szedłem z powrotem do domu Nowaków, zastanawiając się nad tym, co usłyszałem. Nekromancja, próby kontaktu z zmarłymi, otwarte bramy do innych wymiarów. I w centrum tego wszystkiego sześcioletnia dziewczynka, która nie miała pojęcia, w jak śmiertelnym niebezpieczeństwie się znajduje.

Zatrzymałem się przy lesie i zadzwoniłem do spadkobiercy.

— Paweł Kowalski, słucham.

— Dzień dobry, nazywam się Mariusz Czarnecki. Rozumiem, że sprzedali państwo dom po pana stryju Stanisławie…

— Tak, sprzedaliśmy — przerwał mi ostro. — I niech pan o tym domu nie pyta, bo nie chcę o nim słyszeć. To było najgorsze dziedzictwo, jakie ktokolwiek mógł dostać.

— Ale to ważne. Nowi właściciele mają problemy. Czy może pan mi powiedzieć, czy znaleźli państwo w piwnicy coś nietypowego… coś zastanawiającego?

Zapadła długa cisza. Słyszałem tylko szum samochodu jadącego gdzieś w tle.

— Skąd pan wie o piwnicy? — zapytał w końcu, a w jego głosie słychać było strach.

— Widziałem ją. Pentagram na ścianie, ołtarz, rytualne przedmioty. Co jeszcze tam było? Pamięta pan?

— Boże… — Głos mężczyzny załamał się. — Myśleliśmy, że wszystko wyrzuciliśmy przed sprzedażą. Książki w dziwnych językach, szkielety zwierząt, słoiki z… z rzeczami, których nie chcę opisywać. Ale najgorszy był zapach. Cała piwnica śmierdziała jak rzeźnia.

— Czy były tam jakieś dokumenty? Notatki?

— Dziennik stryja — wyszeptał. — Pisał tam o rytuałach, które przeprowadzał. O próbach kontaktu z zmarłą żoną. A na końcu… na końcu pisał o innych rzeczach. O głosach, które zaczął słyszeć w nocy. O istotach, które odpowiadały na jego wezwania i obiecywały mu pomoc.

Serce waliło mi jak młotem.

— Co się stało z tym dziennikiem?

— Spaliłem go. Razem ze wszystkim innym. Ale nie mogę zapomnieć ostatniego wpisu. Stryj pisał, że otworzył bramę, ale nie może jej zamknąć. Że „oni” oszukali go i chcą przedostać się na nasz świat. I że jeśli umrze, znajdą sobie nowe medium, żeby dokończyć jego pracę.

Przeszedł mnie zimny dreszcz.

— Pan sprzedał ten dom, wiedząc o tym wszystkim?

— Próbowałem ostrzec pośrednika! — jego głos stał się desperacki. — Ale kto by uwierzył? Mówił, że to przesądy. A ja… ja musiałem się tego pozbyć. Ten dom nas prześladował. Żona miała koszmary, dzieci nie chciały tam wchodzić. Coś tam zostało, rozumie pan? Coś czekało.

— Rozumiem — powiedziałem cicho. — Bardzo mi pan pomógł. Czy gdybym potrzebował jeszcze czegoś…

— Nie! — przerwał mi gwałtownie. — Proszę więcej nie dzwonić. Chcę o tym wszystkim zapomnieć. A panu radzę, żeby się od tego domu trzymał z daleka. To miejsce jest przeklęte.

— Ale tam mieszka rodzina z małym dzieckiem…

— To ich problem — powiedział chłodny głos. — Moim problemem było to już wystarczająco długo.

Usłyszałem sygnał rozłączenia.

Stałem na drodze z telefonem w ręku, wpatrując się w ekran. Rozłączyłem się z drżącymi rękami. Obraz stawał się coraz wyraźniejszy i coraz straszniejszy. Jasiński nie tylko praktykował nekromancję — otworzył portal do innych wymiarów. A jego śmierć nie zamknęła tego portalu.

Teraz chciał wrócić, używając Zuzi jako medium, żeby dokończyć swoją pracę.


Idąc z powrotem do domu Nowaków, usłyszałem coś. Nagle w telefonie zaczęło piszczeć i trzeszczeć. Przez głośnik dobiegł dziwny, zniekształcony dźwięk — jakby ktoś próbował mówić, ale jego głos był filtrowany przez wodę.

A potem usłyszałem słowa:

— Wracam… do domu…

Telefon po chwili ucichł.

Przyspieszyłem kroku. Coś było nie tak. Bardzo nie tak.

Gdy dotarłem na miejsce, zastałem Katarzynę siedzącą na schodach ganku, płaczącą.

— Co się stało? — wyskoczyłem z samochodu.

— Zuzia… — wyszlochała. — Miała zostać w przedszkolu do drugiej, ale o pierwszej zadzwonili, żeby po nią przyjechać. Mówiła, że musi wrócić do domu, bo pan Stasiu na nią czeka.

— Gdzie ona teraz?

— W swoim pokoju. Nie chce zejść na dół. Mówi, że pan Stasiu pokazuje jej zdjęcia swojej żony. I że niedługo będą mogli razem iść do piwnicy.

Serce stanęło mi w gardle. Kowalski nie tylko kontaktował się z dzieckiem. Przygotowywał ją na coś znacznie gorszego. Wbiegłem do domu i pomknąłem po schodach. Drzwi do pokoju Zuzi były uchylone. Przez szparę widziałem małą dziewczynkę siedzącą na łóżku, rozmawiającą z kimś niewidzialnym.

— Tak, panie Stasiu, jestem grzeczna. Mama mówiła, że nie mogę iść do piwnicy, ale jak pan każe, to pójdę.

Gdy pchnąłem drzwi, temperatura w pokoju spadła tak gwałtownie, że zobaczyłem własny oddech. Zuzia odwróciła się do mnie i przez chwilę jej oczy nie były oczami dziecka. Były zimne, stare, pełne nienawiści.

— Pan przeszkadza — powiedziała głosem, który brzmiał jak głos dorosłego mężczyzny. — Pan ma odejść. To jego dom.

A potem dziewczynka zamrugała i znowu była sobą.

— Wujku, czy pan zna pana Stasia? On mówi, że pan jest niedobry i chce mu przeszkodzić w spotkaniu z ciocią Ireną.

Nie miałem już wątpliwości. Stanisław Jasiński nie był zwykłym duchem. To była istota, która przeszła na drugą stronę i wróciła z czymś znacznie gorszym. A teraz przygotowywał Zuzię, żeby wykorzystać ją jako medium do otwarcia portalu.

Wyjąłem telefon i zadzwoniłem do Ilony.

— Ilonka, potrzebuję cię natychmiast. Sprawa jest gorsza, niż myślałem. Znacznie gorsza.

Kroniki Akaszy – Ciemne Sekrety

Ilona przyjechała czterdzieści minut później, prowadząc swojego srebrnego Forda z rozwagą, jakiej zawsze jej zazdrościłem. Gdy wysiadła z samochodu, od razu poczułem ulgę. W ciemnej sukience do kolan i prostych butach wyglądała jak zwykła urzędniczka, ale wiedziałem, jaką moc kryła w sobie – spokojną, lecz przytłaczającą, jak oddech burzy nad horyzontem.

— Mariusz. — Przywitała mnie skinieniem głowy, ale jej zielone oczy były już skupione na domu. — Czuję to stąd. Coś bardzo starego i bardzo złego.

— Jest gorzej niż myślałem — powiedziałem, prowadząc ją do ganku. — Nie mamy do czynienia ze zwykłym duchem. Poprzedni właściciel praktykował nekromancję, próbował wskrzesić zmarłą żonę. A teraz używa sześcioletniej dziewczynki jako medium.

Ilona zatrzymała się na progu i zamknęła oczy. Jej oddech stał się płytki, szybki. Palce zacisnęła na framudze, jakby nagle ziemia pod jej stopami zaczęła się osuwać. Przez chwilę stała nieruchomo, a ja widziałem, jak jej twarz blednie.

— Boże… — wyszeptała. — To miejsce… to jak otwarta rana w rzeczywistości. Widzę krew, śmierć, desperację. I coś jeszcze. Coś, co nie powinno tu być.

Rodzina Nowaków czekała na nas w salonie. Tomasz chodził nerwowo po pokoju, Katarzyna siedziała na kanapie, ściskając w dłoni filiżankę zimnej już herbaty. Zuzi nie było widać.

— Gdzie córka? — zapytałem.

— Śpi w swoim pokoju — odpowiedziała Katarzyna drżącym głosem. — Po tym, jak pan wyszedł, mówiła, że jest zmęczona. Ale jej głos… jej głos brzmiał jak głos starego człowieka.

Przedstawiłem Ilonę jako specjalistkę od „energii miejsc”. Nie chciałem dodatkowo straszyć rodziców szczegółami o Kronikach Akaszy.

— Muszę dotknąć rzeczy, które należały do poprzedniego właściciela — powiedziała Ilona. — Czy zostało coś po nim?

Tomasz i Katarzyna wymienili spojrzenia.

— W szafie w sypialni znaleźliśmy pudło z jego rzeczami — przyznał Tomasz. — Spadkobiercy chyba o nim zapomnieli. Nie wyrzuciliśmy go, bo…

— Bo baliście się go dotknąć — dokończyła Ilona łagodnie. — To dobrze. Intuicja was ostrzegała.

Pudło stało w rogu sypialni na piętrze. Było niewielkie, tekturowe, ale gdy się do niego zbliżyłem, poczułem ten sam metaliczny zapach, który unosił się w piwnicy. Był w nim chłód, który nie miał prawa tu być – jak oddech kogoś, kto stoi tuż za plecami. Ilona podeszła ostrożnie i położyła dłoń na wieku.

Natychmiast jej oczy przewróciły się, pokazując białka. Jej ciało zesztywniało, a z ust wydobył się dziwny, gardłowy dźwięk.

— Ilona? — Chwyciłem ją za ramię.

Ale ona mnie nie słyszała. Była już głęboko w wizji.

— Irena… — wyszeptała głosem, który nie był jej głosem. — Irena, wracaj do mnie. Nie zostawiaj mnie samego.

To był głos Stanisława Jasińskiego. Mówiącego przez Ilonę.

Jej ciało zaczęło się trząść. Widziałem, jak na jej twarzy maluje się rozpacz, obsesja, szaleństwo.

— Oni mówią, że mogę ją odzyskać — kontynuowała głosem zmarłego. — Tylko muszę im dać coś w zamian. Tylko muszę otworzyć bramę.

Temperatura w pokoju spadła o kilka stopni. Na oknach pojawiła się rosa, jakby nagle z wnętrza domu wyssało całe ciepło.

— Krew… potrzebują krwi. Zwierząt najpierw. Ale potem… potem będą chcieli więcej.

Ilona nagle krzyknęła — przeraźliwy, nieludzki krzyk, który sprawił, że krew zamarzła mi w żyłach. Z dołu dobiegły odgłosy — Katarzyna też krzyczała, Tomasz biegł po schodach.

— Co się dzieje? — wpadł do pokoju.

Ale Ilona wciąż była w transie, jej twarz wykrzywiona cierpieniem i szaleństwem.

— Irena nie przychodzi! — krzyczała. — Przychodzą inne rzeczy! Głodne rzeczy! One kłamały! One chcą tylko żywej krwi!

Nagle jej oczy otworzyły się szeroko, ale to nie były jej oczy. Były czarne jak smoła, bez tęczówek, bez białek. Tylko czarna, nieskończona pustka.

— A teraz mam nowe medium — powiedziała, ale jej głos brzmiał jak szeleszczące liście przesuwane po suchej, martwej ziemi. — Młode, niewinne. Będzie idealne.

Chwyciłem Ilonę za ramiona i potrząsnąłem nią mocno.

— Ilona! Wracaj do mnie! Teraz!

Jej ciało opadło bezwładnie, a oczy wróciły do normalnego koloru. Oddychała ciężko, jakby przebiegła maraton.

— Mariusz… — wyszeptała. — To było straszne. Widziałam wszystko.

Pomogłem jej usiąść na łóżku. Jej ręce drżały tak mocno, że ledwie mogła trzymać szklankę wody, którą przyniósł Tomasz.

— Opowiedz mi.

— Jasiński… on naprawdę próbował wskrzesić żonę. Ale nie rozumiał, z czym się kontaktuje. — Głos Ilony stał się szeptem, pełnym grozy. — Myślał, że rozmawia z duchami, które mogą mu pomóc. A w rzeczywistości otworzył bramę do wymiaru pełnego… Głodnych.

— Głodnych?

— Istot, które żywią się samym, czystym życiem. — Jej oczy były szeroko otwarte, jakby wciąż widziała te koszmarne wizje. — Nie mają ciał, nie mają form. To czysta, nieskończona żarłoczność. Nigdy nie mogą się nasycić, bo ich głód jest jak czarna dziura – pożera wszystko, ale nigdy się nie zapełnia.

Poczułem, jak zimny pot wystąpił mi na całym ciele. Włosy na karku stanęły mi dęba.

— One nie mogą same przyjść na nasz świat — kontynuowała Ilona drżącym głosem. — Potrzebują mostu, kanału. Obiecały Jasińskiemu, że sprowadzą mu żonę, ale to były kłamstwa. One chciały tylko jednego – żeby otworzył im przejście do naszej rzeczywistości.

— A teraz?

— Jasiński umarł, zanim zdążył im dać to, czego naprawdę chciały. Ale szczelina wciąż jest otwarta. I one znalazły nowe narzędzie. — Jej głos załamał się. — Będą używały Zuzi. Niewinne dziecko, czysta dusza – to dla nich jak… jak najczystsza forma pożywienia.

— Do czego jej potrzebują?

Ilona spojrzała na mnie oczami pełnymi strachu i rozpaczy.

— Ostateczny rytuał przejścia. Jasiński otworzył tylko malutką szczelinę między światami. Ale jeśli użyją niewinnego dziecka jako medium… jeśli złamią jej duszę i przemienią w przewodnik… portal otworzy się na zawsze.

— Co to znaczy?

— To znaczy, że nasza rzeczywistość stanie się ich łowiskiem. — Jej głos był teraz ledwie słyszalny. — Każde żywe stworzenie w promieniu kilku kilometrów zostanie wysysane do ostatniej iskierki życia. Ludzie, zwierzęta, rośliny – wszystko zamieni się w pustą skorupę. A one… one przejdą dalej, szukając nowych ludzi do pożarcia.


Z dołu dobiegł nas dziecięcy głos, śpiewający kołysankę. Ale melodia była dziwna, zniekształcona, jakby Zuzia śpiewała ją pod wodą albo w miejscu, gdzie powietrze jest gęste od czegoś, czego nie chcę nazywać.

— Gdzie jest Zuzia? — zapytałem Katarzyny.

— W swoim pokoju, śpi…

Ale głos dobiegał z dołu. Z piwnicy.

Wszyscy troje pobiegliśmy po schodach. Drzwi do piwnicy były otwarte szeroko, a z głębin dochodziła słodka, utopiona w pogłosach melodia.

— Zuzia! — krzyknęła Katarzyna, rzucając się w stronę schodów.

Chwyciłem ją za rękę.

— Nie. Może być niebezpiecznie. Zostań tutaj z Tomaszem.

Ilona spojrzała na mnie z determinacją.

— Idę z tobą.

Schodziliśmy po drewnianych stopniach, kierując się śpiewem dziewczynki. Latarka rzucała drżący snop światła na zakurzone pudła i stare meble. Ale im głębiej schodziliśmy, tym dziwniejsze stawały się cienie na ścianach. Falowały, przesuwały się niezależnie od naszych ruchów.

Zuzia stała przed ołtarzem z pentagramem. Była w piżamie, boso, z rozpuszczonymi włosami. Ale to nie ona śpiewała.

Śpiewał ktoś stojący za nią. Wysoka, wychudzona sylwetka w ciemnym garniturze, który wyglądał, jakby był mokry od deszczu, mimo że w piwnicy panowała sucha atmosfera. Jego ramiona były zbyt długie, nienaturalnie wąskie, a sposób, w jaki stał, przypominał stworzenie, które tylko udaje człowieka.

Ale najgorsze były jego oczy.

Gdy na mnie spojrzał, poczułem, jakby ktoś wbił mi lodowatą szpilę prosto w serce. To nie były ludzkie oczy. To były dwie czarne dziury w twarzy. Nieskończenie głębokie, puste, jakby prowadziły donikąd i wszędzie jednocześnie. Oczy kogoś, kto zmarł, ale nie odszedł. Kto zobaczył rzeczy po drugiej stronie i pozwolił im zjadać swoją duszę kawałek po kawałku, aż zostało tylko głodne nic, które udawało człowieka. Gdy się uśmiechnął, jego usta rozciągnęły się zbyt szeroko, odsłaniając zęby, które były za długie, za ostre. A z jego gardła wydobył się dźwięk, który tylko przypominał śmiech – suchý, trzeszczący, jak łamane kości.

— Przeszkadzacie — powiedział, a jego głos brzmiał jak zgrzyt metalu o kamień, jak syk wyrwanego z żył powietrza. Każde słowo sprawiało, że temperatura w piwnicy spadała o kolejny stopień. — Ale już za późno. Mała otwiera bramę. A ja wracam do domu.

Postać zaczęła… pulsować. Jakby nie była w pełni prawdziwa, jakby walczyła o pozostanie w naszej rzeczywistości. Czasem przez ciało przebijała ściana za nim, czasem stawał się gęstszy, bardziej realny.

I cały czas te oczy. Te okropne, puste oczy, które patrzyły na nas z głodem czegoś, co nigdy nie było człowiekiem.

— Stanisław Jasiński — wyszeptałem.

Zuzia przestała śpiewać i odwróciła się do nas. Jej oczy były takie same jak oczy Jasińskiego — puste, czarne, głodne.

— Wujku Mariuszu — powiedziała dziecięcym głosem, ale z nutą starczego triumfu. — Pan Stasiu mówi, że teraz już możemy być razem na zawsze.

I wtedy pentagram na ścianie zaczął jarzyć się czerwonym światłem które pulsowało jak serce czegoś, co właśnie budzi się ze snu.

Nocne Nawiedzenie

Czerwone światło z pentagramu zalewało piwnicę jak krew. Gęste i lepkie, jakby spływało po ścianach. Czułem, jak każda komórka mojego ciała krzyczała, żebym stąd uciekał. Pierwotny, zwierzęcy strach ściskał mi żołądek i wpełzał do gardła jak żywy organizm. Ale nie mogłem zostawić Zuzi.

— Cofnij się! — krzyknąłem do Ilony, wyciągając z torby posrebrzany nóż.

Sylwetka Jasińskiego roześmiała się dźwiękiem jak łamane szkło. Był to śmiech, w którym brzmiała obietnica bólu. Jego postać zaczęła się zagęszczać, nabierać substancji. Widziałem teraz szczegóły – pomarszczoną skórę, żółte zęby, oczy jak czarne studnie prowadzące donikąd.

— Myślisz, że ta zabawka mi zaszkodzi? — jego głos odbijał się od ścian piwnicy, mnożąc się w echo. — Jestem już po drugiej stronie, chłopcze. Widziałem rzeczy, które zmieniłyby ci włosy w siwe pasma.

Zuzia stała nieruchomo przy ołtarzu, jej twarzyczka była blada jak papier. Ale jej oczy… płonęły tym samym czerwonym blaskiem co pentagram.

— Zuziu — powiedziałem łagodnie, robiąc krok w jej stronę. — To ja, wujek Mariusz. Pamiętasz mnie?

Dziewczynka odwróciła głowę i popatrzyła na mnie. Przez chwilę w jej oczach błysnęło coś znajomego, dziecięcego.

— Wujku… — wyszeptała. — Boję się. On jest w mojej głowie i mówi mi straszne rzeczy.

— Wiem, skarbie. Zaraz cię stąd zabierzemy.

Ale Jasiński położył swoją przezroczystą dłoń na ramieniu dziewczynki. Zuzia krzyknęła — przeraźliwy, nieludzki krzyk, który sprawił, że włosy na moim karku stanęły dęba. 

— Ona jest moja teraz — warknął zmarły. — Przez nią dokończę to, co zacząłem. Irena będzie znowu żyła!

W powietrzu pojawiły się dziwne kształty – mroczne cienie, które poruszały się niezależnie od światła. Ich ruch był powolny, ale pełen złowrogiej intencji. Były głodne, pełzały po ścianach jak żywe plamy oleju. A z pentagramu dobywał się zapach – słodkawy, mdły odór rozkładu i krwi.

— Ilona! — krzyknąłem. — Możesz przerwać jego połączenie z dzieckiem?

— Spróbuję! — Położyła dłonie na skroniach i zamknęła oczy. — Ale on jest silny. Ma wsparcie z drugiej strony.

Jej twarz wykrzywiła się z wysiłku. Widziałem, jak jej ciało trzęsie się od napięcia, a pot wystąpił jej na czoło. Ale czerwone światło pentagramu pulsowało coraz szybciej.

Jasiński zaczął mówić w nieznanym języku – słowa brzmiały jak zgrzyt metalu, jak syk spalającej się skóry. Każde brzmiało jak przekleństwo rzucone wprost w duszę. A Zuzia odpowiadała mu tym samym językiem, jej dziecięcy głos zniekształcony i chory.

— Nie pozwolę ci skrzywdzić tego dziecka! — wyskoczyłem do przodu z nożem w ręku.

Przebiłem z całą siłą sylwetkę Jasińskiego prosto w pierś. Przez chwilę poczułem opór, jakby wbijał się w zimną galaretę. Zmarły zatoczył się, a z jego ust wydobył się syk jak z pękającego węża.

— Głupcze! — ryknął. — Jestem już martwy! Nie możesz mnie zabić ponownie!

Ale zauważyłem, że jego postać stała się mniej wyraźna. Nóż z posrebrzaną klingą jednak mu szkodził.

— Zuzia, słoneczko — powiedziałem najłagodniejszym głosem, na jaki było mnie stać. — Pamiętasz mnie? To wujek Mariusz. Mama i tata są tutaj. Jesteś bezpieczna. Ten pan cię okłamuje. Nie wierz mu!

Dziewczynka zamrugała. Przez chwilę jej oczy były znowu normalne, niebieskie, pełne strachu.

— Wujku — zapłakała. — On jest za silny. Mówi, że jak nie pomogę, to skrzywdzi mamę i tatę.

Kowalski zaśmiał się triumfalnie.

— Mądre dziecko. Ona wie, co się stanie, jeśli mi nie pomoże.

Wtedy usłyszałem kroki na schodach. Katarzyna i Tomasz biegli w dół, krzycząc imię córki.

— Nie! — wrzasnąłem. — Zostańcie na górze!

Ale było za późno. Gdy tylko weszli do piwnicy, cienie na ścianach ożyły jak rozbudzone bestie. Jedna z mrocznych plam oderwała się od ściany z mokrym, mlaskającym dźwiękiem i rzuciła się na Tomasza. Mężczyzna krzyknął. Był to przeraźliwy, nieludzki krzyk, który odbił się echem od ścian. Przewrócił się ciężko na betonową podłogę, uderzając głową o kamień. Cień wił się po jego ciele jak żywy, pulsujący organizm, wbijając się pod skórę przez każdy por. Tomasz zaczął się skręcać w agonii, jego plecy wyginały się w łuk, jakby coś rwało go od środka.

— Tomek! — Katarzyna pobiegła w stronę męża, ale druga mroczna plama wyrosła przed nią jak ściana czarnego dymu. Kobieta uderzyła w niewidzialną barierę z taką siłą, że pękła jej warga, a z nosa zaczęła ciec krew. Odbiła się i upadła na plecy, krzycząc z bólu.

Tomasz dygotał teraz w konwulsjach, jego oczy przewróciły się, pokazując białka. Z ust płynęła mu piana zmieszana z krwią. Cień wysysał z niego życie, a jego skóra robiła się szara, pergaminowa.

— Widzisz? — Jasiński uśmiechnął się, odsłaniając za długie, żółte zęby. — Wszyscy są teraz w moim zasięgu. Jeśli dziecko mi nie pomoże, pozabijam ich po kolei. Bardzo powoli. Bardzo boleśnie. Zaczniemy od taty. Będzie umierał godzinami. Katarzyna płakała i krzyczała, próbując doczołgać się do męża, ale za każdym razem niewidzialna siła odpychała ją z powrotem. Na jej dłoniach pojawiły się siniaki od uderzeń o betonową podłogę.

Zuzia płakała, ale jej ciało coraz bardziej sztywniało. Czerwone światło pentagramu pulsowało coraz szybciej, a powietrze w piwnicy robiło się gęste jak krew. Każdy oddech był walką, jakby płuca wypełniał gorący olej.

— Ilona! — krzyknąłem. — Musisz coś zrobić!

— Próbuję! — Jej głos był napięty od wysiłku. — Ale portal jest już prawie otwarty. Za kilka minut będzie za późno!

Jasiński podniósł ręce i zaczął recytować kolejne inkantacje. Pentagram płonął teraz jak ognisko, a w jego centrum pojawiła się… dziura. Czarna, pulsująca dziura w rzeczywistości, przez którą widziałem przebłyski czegoś koszmarnego.  Czerwone oczy. Dziesiątki czerwonych oczu, patrzących na nas z głodną desperacją.

— Oni przychodzą — wyszeptał Jasiński z ekstazą. — Moi przyjaciele z drugiej strony. Będą mogli wreszcie przyjść tutaj i ucztować.

Przez portal zaczęły przenikać zjawy. Pierwsze były małe, wielkości psa, ale widziałem większe kształty ruszające się w głębi. Istoty bez określonej formy, składające się z samego głodu i nienawiści. Jedna z nich dotknęła Tomasza. Mężczyzna krzyknął, jego ciało się skuliło, a włosy momentalnie stały się siwe. Istota wysysała z niego życiową energię.

— Zuziu! — krzyknąłem desperacko. — Słoneczko, słyszysz mnie? Ten pan kłamie!

Dziewczynka drgnęła i spojrzała na mnie zamglonymi oczami.

— Co… co?

— Kochanie, prawdziwy pan Stasio nigdy by nie kazał ci robić krzywdy mamie i tacie! — powiedziałem, klękając, żeby być na jej poziomie. — Prawdziwi przyjaciele nie każą nam krzywdzić tych, których kochamy. A mama i tata cię kochają!

— Ale… ale pan Stasio mówi, że mama i tata nie pozwalają mu wrócić do domu — wyszeptała Zuzia, patrząc to na mnie, to na przerażonych rodziców.

— Zuziu, pomyśl — powiedziałem łagodnie. — Czy dobry pan kazałby ci robić coś, co sprawia ból mamie? Widzisz, jak mama płacze? Czy prawdziwy przyjaciel chciałby, żebyś była smutna?

Dziewczynka spojrzała na płaczącą matkę, a w jej oczach błysnęło coś dziecięcego, naturalnego.

— Nie… dobry pan by nie chciał, żeby mama płakała…

Jasiński odwrócił się do mnie z wściekłością, jego postać zaczęła się rozpadać.

— Zamknij się!

Rzucił w moją stronę falę ciemnej energii. Uderzyła mnie jak ściana lodu, zrzuciła na ziemię. Poczułem, jak zimno przenika przez moje ubrania, dotyka skóry, wkrada się do kości.

Ale Zuzia przestała mówić słowa inkantacji.

— Panie Stasiu? — zapytała małym, niepewnym głosem. — To prawda? Pan nie jest prawdziwym panem Stasiem?

Sylwetka zmarłego zafalowała, stała się mniej wyraźna.

— Oczywiście, że jestem! Kim innym miałbym być?

— Ale prawdziwy pan Stasio chciałby, żeby jego dom był szczęśliwy — powiedziała Zuzia niewinnym głosem. — A pan sprawia, że wszyscy płaczą. Prawdziwi przyjaciele nie robią krzywdy.

— To… to konieczne! — zawarczał fałszywy Jasiński, ale jego postać zaczęła się rozpadać. — Żeby odzyskać Irenę!

— A gdzie jest ciocia Irena? — zapytała dziewczynka. — Dlaczego jej nie ma, skoro pan ją przywołuje już tyle czasu?

Cisza. Przez chwilę w piwnicy panowała absolutna cisza.

A potem fałszywy Jasiński zaczął się śmiać — okropnym, skrzeczącym śmiechem, który nic nie miał wspólnego z ludzkim dźwiękiem.

— Irena? — zachrypiał. — Nie ma żadnej Ireny! Jest tylko głód! Wieczny, nieskończony głód!

Jego maska opadła. To, co stało przed nami, nie miało już ludzkiej postaci. Było to coś z miałkiej materii — pulsująca masa ciemności z dziesiątkami czerwonych oczu i rozdziawioną paszczą pełną igłowych zębów.

Zuzia krzyknęła i odskoczyła od ołtarza.

— To nie pan Stasiu! To potwór!

Ilona otworzyła oczy. Były teraz białe, płonące wewnętrznym światłem.

— Teraz! — krzyknęła. — Dziecko przerwało połączenie! Mogę zamknąć portal!

Rzuciła się w stronę pentagramu i położyła dłonie na płonących symbolach . Jej ciało załomotało się z bólu, ale trzymała mocno.

— Mariusz! Nóż! Wbij nóż w centrum pentagramu!

Wyskoczyłem z posrebrzaną klingą w ręku. Istota, która kiedyś udawała Jasińskiego, rzuciła się na mnie z dzikim wrzaskiem]. Jej żądła minęły mnie o centymetry od szyi.

Wbiłem nóż w sam środek pentagramu.

Świat eksplodował białym światłem.

Rytuał Oczyszczenia 

Białe światło wypełniło piwnicę jak poranną, gęstą, nieprzeniknioną mgłę. Poczułem, jak przenika przez moją skórę, wypala z żył cały strach, całą ciemność, która zbierała się we mnie przez ostatnie godziny. Portal z sykiem się zapadł jakby ktoś zgasił płomień w kominku, zostawiając tylko gryzący dym, a wraz z nim zniknęły wszystkie cienie i głodne istoty.

Cisza była tak nagła i tak kompletna, że przez chwilę myślałem, że ogłuchłem.

Potem usłyszałem płacz.

Zuzia siedziała na zimnej podłodze piwnicy, płacząc cicho i drżąc całym ciałem. Katarzyna rzuciła się do córki, chwytając ją w ramiona jak najcenniejszy skarb.
— Skarbie, już dobrze, już po wszystkim — szeptała, głaszcząc włosy dziewczynki.

Tomasz leżał przy ścianie, blady jak papier, ale żywy. Włosy miał teraz całkiem siwe, a na twarzy pojawiły się nowe zmarszczki, jakby postarzał się o dziesięć lat w kilka sekund. Ale oddychał. Patrzył na nas oczami pełnymi wdzięczności.
— Czy… czy to już koniec? — zapytał ochryple.

Spojrzałem na Ilonę. Klęczała przy pentagramie, dotykając posrebrzaną klingą symboli wyrzeźbionych w ścianie. Jej twarz była wykrzywiona koncentracją.
— Portal jest zamknięty — powiedziała, nie odrywając wzroku od ściany. — Ale to dopiero połowa roboty. Ta piwnica była nasycona złą energią przez miesiące. Jeśli jej nie oczyścimy, może się zdarzyć, że coś znajdzie sposób, żeby wrócić.

Pomogłem Tomaszowi wstać. Mężczyzna zachwiał się, opierając się ciężko o ścianę. Jego twarz była blada jak papier, a siwe włosy przyklejone potem do czoła.

— Jak się pan czuje? — zapytałem. — Może powinniśmy wezwać karetkę?

— Nie, nie — powiedział słabym głosem. — Po prostu jestem wykończony. Jakbym przebiegł maraton.

— To normalne po takim ataku — wyjaśniłem. — Ale jeśli będzie się pan gorzej czuł, proszę natychmiast jechać do lekarza. Te siwe włosy… to nie kosmetyka. Postarzał się pan fizycznie.

Katarzyna spojrzała na męża z przerażeniem.

— Tomek, twoje włosy…

— Wiem — skinął głową. — Czuję się jak po ciężkiej chorobie.

— Musicie wyprowadzić się z domu na kilka dni — powiedziałem stanowczo. — Mamy przed sobą pracę, która może być niebezpieczna. A państwo potrzebujecie odpoczynku po tym, co przeszliście.

— Ale gdzie mamy iść? — zapytała Katarzyna, wciąż trzymając Zuzię w ramionach. — I co z Tomkiem? Może jednak powinien iść do szpitala?

— Do rodziny, do hotelu, gdziekolwiek z dala stąd. A co do szpitala… — spojrzałem na Tomasza — jeśli będzie miał problemy z sercem, zawroty głowy lub inne objawy, proszę natychmiast jechać na ostry dyżur.


Rodzina wyszła z piwnicy jak zombi, , wstrząśnięta tym, czego byli świadkami. Ja zostałem z Iloną przy pentagramie.
— Co dokładnie musimy zrobić? — zapytałem.
— Najpierw zneutralizować wszystkie symbole — odpowiedziała, ciągle badając rysunek na ścianie. — Potem przeprowadzić rytuał oczyszczenia miejsca. A na końcu… na końcu musimy znaleźć sposób, żeby zamknąć tę piwnicę na zawsze.

Wyjęła z torby małą buteleczkę z przezroczystą cieczą.
— Woda święcona?
— Lepiej. Woda z siedmiu świętych źródeł, pobrana o wschodzie słońca w nowiu księżyca. To zniszczy każdy symbol czarnej magii.

Zaczęła skrapiać pentagram kroplami wody. Przy każdym kontakcie czerwone linie syczały i blakły, jakby ktoś wymazywał je gumką.
— Mariusz, potrzebuję, żebyś przygotował krąg ochronny — powiedziała, nie przerywając swojej pracy. — W tej torbie są białe świece i sól morska. Ustaw je w kręgu wokół ołtarza.

Rozkładanie kręgu zajęło mi kwadrans. Sól morska była grubo mielona, szorstka pod palcami. Gdy ją wysypywałem, czułem, jak neutralizuje resztki złej energii krążącej po piwnicy. Świece ustawiłem w równych odstępach — dwanaście białych świec, każdą z nich błogosławioną specjalnym olejem ochronnym VooDoo.
— Gotowe — powiedziałem.

Ilona skończyła neutralizować pentagram. Ściana wyglądała teraz jak zwykła kamienna ściana — bez śladu poprzednich symboli.
— Teraz najważniejsze — powiedziała. — Rytuał oczyszczenia miejsca.

Stanęła w centrum kręgu świec i zamknęła oczy. Jej głos stał się niski, melodyjny, pełen siły.
— Mocami ziemi, wody, ognia i powietrza, oczyszczam to miejsce ze wszystkiego, co ciemne i wrogie.

Świece zapłonęły same, bez żadnego płomienia. Ale to nie był zwykły ogień — płomienie były białe, czyste, rozprzestrzeniały ciepło, które przenikało do kości.
— Mocami światła i miłości, przepędzam wszelkie zło, które skaziło tę ziemię.

Poczułem, jak powietrze w piwnicy staje się lżejsze, czystsze. Stęchły zapach, który wisiał tu od naszego przyjazdu, ustąpił miejsca świeżej woni. Jakby ktoś otworzył okna w wiosennym ogrodzie.
— Mocami prawdy i sprawiedliwości, opieczętowuje to miejsce przeciwko wszystkiemu, co mogłoby wrócić.

Światło świec stało się tak intensywne, że musiałem zasłonić oczy. Ale przez zamknięte powieki widziałem, jak energia krąży po piwnicy, obmywa każdy kamień, każdą szczelinę w ścianie, każdy zakamarek, gdzie mogła ukrywać się resztka ciemności.

A potem wszystko ucichło.

Świece płonęły zwykłym żółtym płomieniem. Piwnica wyglądała jak zwykła piwnica — stara, zaniedbana, ale nie straszna. Nie złośliwa. Po prostu pusta.
— Czy to wszystko? — zapytałem.
— Nie całkiem — odpowiedziała Ilona, wycierając pot z czoła. — Jeszcze jedna rzecz.

Podeszła do miejsca, gdzie stał ołtarz Jasińskiego. Teraz została po nim tylko gładka kamienna płyta.
— Ten ołtarz był centrum wszystkiego. Źródłem skażenia. Musi zostać zniszczony.

Wyjęła z torby młotek z żelazną głowicą.
— Żelazo przeciwko złu — wyjaśniła. — To jeden z najstarszych sposobów.

Pierwszy cios rozbrzmiał w piwnicy jak wystrzał. Drugi. Trzeci. Przy czwartym kamień pękł. Przy piątym rozpadł się na kawałki.

Pod kamieniem było coś jeszcze.

Niewielka szkatułka, wykonana z czarnego drewna. Ilona wzięła ją ostrożnie, jakby mogła eksplodować.
— Co to jest?
— Nie jestem pewna. Ale to było ukryte pod ołtarzem… — Otworzyła szkatułkę.

W środku leżała stara fotografia. Przedstawiała młodą kobietę z jasnymi włosami i łagodnym uśmiechem. Na odwrocie było napisane „Irena, moja jedyna miłość”.
— Prawdziwa Irena — wyszeptała Ilona. — Ta rzeczywista, którą Jasiński kochał.

Spojrzeliśmy na siebie.
— Co z nią robimy?
— Spalamy — powiedziała bez wahania. — To był fetysz, przedmiot, który tamto coś używało, żeby manipulować Jasińskim. Dopóki istnieje, może być używany znowu.

Wyszliśmy z piwnicy i wyszliśmy przed dom. Ilona zapaliła ognisko z suchych gałęzi, które znaleźliśmy wokół domu. Gdy płomienie się rozgorzały, wrzuciła do nich fotografię.

Przez chwilę wydawało mi się, że widzę w ogniu twarz kobiety — smutną, ale spokojną. Jakby wreszcie mogła odejść w spokoju.
— Czy to naprawdę koniec? — zapytałem.
— Dla tego domu, tak — odpowiedziała Ilona. — Piwnica jest oczyszczona. Symbole zniszczone. Portal zamknięty na zawsze. Ale Mariusz…
— Co?
— Jasiński nie był jedynym praktykiem czarnej magii w okolicy. Ci ludzie, którzy przychodzili do niego w nocy… oni wciąż gdzieś są. I teraz, gdy stracili swojego przywódcę, będą szukać kogoś, kto go zastąpi.

Poczułem, jak zimny dreszcz przechodzi mi po plecach.
— Masz na myśli, że to nie koniec?
— To koniec tej historii — powiedziała, patrząc na gasnące ognisko. — Ale początek kolejnej.

Spojrzałem na dom Nowaków. Wyglądał teraz normalnie, spokojnie. Miejsce, gdzie rodzina mogła bezpiecznie wychowywać dziecko. Ale gdzieś w ciemności lasu, pośród szeptów i niewidzialnych kroków mogły się ukrywać inne sekrety. Inne zagrożenia.

Moja praca się nie skończyła. Dopiero się zaczęła.

Zamknięcie Portalu

Trzy dni później wróciłem do domu Nowaków z ostatnim elementem planu. W torbie miałem specjalną zaprawę – mieszankę cementu z solą morską, posiekanych liści jarzębiny i proszku z mielonego żelaza. Ilona czekała na mnie przy furtce, trzymając w ręku rytualne pędzle i farbę ochronną.

— Rodzina już się wprowadziła? — zapytałem.
— Wczoraj wieczorem. Zuzia biegała po ogrodzie jak dziki konik. Śmiała się po raz pierwszy od tygodni — odpowiedziała z uśmiechem. — Ale piwnica wciąż czeka.

Dom wyglądał zupełnie inaczej niż tydzień temu. Okna były otwarte, z kuchni dochodził zapach świeżo pieczonego chleba, na ganku suszyły się kolorowe ręczniki. Czuło się w nim obecność życia, które wróciło między ściany.

Katarzyna wyszła na ganek, gdy podjeżdżałem pod dom. Wyglądała lepiej – policzki miała rumiane, oczy jaśniejsze. Ale gdy spojrzała w stronę drzwi do piwnicy, wciąż widziałem w nich ślad strachu.

— Panie Mariuszu, tak się cieszę, że pan przyjechał. Nie mogę spokojnie spać, wiedząc, że ta piwnica… że to miejsce wciąż jest pod naszym domem.
— Po dzisiejszym dniu będzie pani mogła spokojnie spać — zapewniłem ją. — Gdzie Zuzia?
— U babci, w Chocianowie. Nie chciałam, żeby była w domu podczas… no wie pan, podczas tego, co państwo będą robić.

Mądra decyzja. To, co planowaliśmy, było bezpieczne, ale zawsze lepiej trzymać dzieci z dala od rytuałów magicznych.

Tomasz pomógł mi znieść z samochodu wiadra z zaprawą. Jego włosy wciąż były siwe, ale twarz odzyskała kolory. Wyglądał na człowieka, który przeszedł przez piekło i wrócił silniejszy.

— Ile czasu to potrwa? — zapytał.
— Kilka godzin. Ale gdy skończymy, ta piwnica będzie już na zawsze zabezpieczona — odpowiedziała Ilona, sprawdzając zawartość swojej torby.

Zeszliśmy po schodach do piwnicy. Przez ostatnie trzy dni miejsce to zdążyło się przewietrzyć i wyschnąć. Nie było już śladu po tej chorej atmosferze, która tu panowała, choć echo dawnych wydarzeń zdawało się czaić w kątach. Wciąż jednak widziałem ślady po pentagramie – lekkie przebarwienia na ścianie, miejsca, gdzie czerwone linie wypaliły się w kamień.

— Zaczynamy od podłogi — powiedziałem.

Położenie zaprawy ochronnej zajęło nam dwie godziny. Mieszanka była ciężka, lepka, ale sprawiała wrażenie żywej. Gdy ją rozkładaliśmy, czułem, jak energia miejsca się zmienia. Coś w powietrzu się uspokajało, stabilizowało. Ilona malowała na ścianach symbole ochronne – nie złowieszcze pentagramy jak te, które tu były wcześniej, ale jasne, harmonijne znaki. Spirale reprezentujące życie, kółka symbolizujące jedność, trójkąty oznaczające równowagę.

— To są stare symbole celtyckie — wyjaśniła, malując precyzyjnie każdą linię. — Starsze niż chrześcijaństwo, starsze niż większość religii. Symbolizują podstawowe siły natury – te, które chronią przed tym, co nienaturalne.

Gdy skończyła malować ostatni symbol, piwnica wypełniła się ciepłym, złocistym światłem. Nie było to nic nadprzyrodzonego. Po prostu zwykłe światło żarówki, ale teraz wydawało się jaśniejsze, przyjemniejsze jakby ściany same chciały oddychać spokojem.

— Ostatni element — powiedziałem.

Wyjąłem z torby niewielką metalową tabliczkę. Na jej powierzchni wygrawerowane były słowa w łacinie: Locus benedictus et ab omni malo tutus – Miejsce błogosławione i chronione przed wszelkim złem.

Przymocowałem tabliczkę do ściany tam, gdzie wcześniej znajdował się ołtarz Jasińskiego. Gdy ostatnia śruba weszła w kamień, poczułem… finałowe kliknięcie. Jak zamknięcie drzwi na ostatni zamek.

— Gotowe — powiedziała Ilona, wycierając ręce w ścierkę. — Ta piwnica jest teraz tak zabezpieczona, jak to tylko możliwe. Żadna siła z zewnątrz nie będzie mogła jej użyć jako punktu przejścia do naszego świata.

Wyszliśmy na górę, gdzie czekali na nas Katarzyna i Tomasz. Oboje patrzyli na nas z nadzieją i niepokojem.

— Czy to oznacza, że możemy normalnie żyć? — zapytała Katarzyna.
— Tak — odpowiedziałem. — Możecie używać piwnicy jak zwykłego pomieszczenia. Możecie tam trzymać przetwory, narzędzia, co tylko chcecie. Nie ma już żadnego zagrożenia.

Tomasz usiadł ciężko na kanapie i zakrył twarz dłońmi.
— Dziękuję — powiedział cicho. — Nie wiem, jak mamy państwu podziękować. Gdyby nie państwo, moglibyśmy stracić Zuzię. Albo gorzej.
— To nasza praca — odpowiedziałem. — I nasze powołanie.

Katarzyna nalała nam herbaty i postawiła na stole talerz z domowymi ciastkami. Było w tym geście coś głęboko normalnego, błogo uspokajającego. Dom znowu był domem.

— Czy mogę zapytać o coś? — powiedziała, siadając obok męża. — Co się stało z tym… z tym, co udawało pana Jasińskiego?
— Zostało odesłane z powrotem tam, skąd przyszło — odpowiedziała Ilona. — Te istoty mogą działać w naszym świecie tylko przez portale i media. Gdy portal został zamknięty, a medium oswobodzone, musiały wrócić do swojego wymiaru.
— A prawdziwy Jasiński?
Zastanowiłem się chwilę.
— Prawdziwy Stanisław Jasiński prawdopodobnie zmarł tak, jak mówiły dokumenty – na zawał serca w szpitalu. To, co go napędzało po śmierci, to była jego obsesja na punkcie żony. Ale gdy spaliliśmy jej fotografię, ta obsesja została przerwana. Jego dusza może wreszcie odpocząć.
— A Irena?
— Irena była już po drugiej stronie, czekając na niego. Teraz mogą być razem, tak jak powinni od początku.

Zapadła cisza. Dobra cisza – spokojna, pełna ulgi.

— Państwo mają piękny dom — powiedziałem, rozglądając się po salonie. — I są bezpieczni. Zadbajcie o to.
— O to można być spokojnymi — odparł Tomasz z determinacją. — Ten dom będzie pełen miłości i śmiechu. Zuzia będzie tu dorastać w szczęściu.

Gdy wychodziłem z Iloną do samochodu, Katarzyna dogoniła nas na ganku.
— Panie Mariuszu, gdyby… gdyby kiedykolwiek znowu coś się działo, mogę do pana zadzwonić?
— Oczywiście. Ale wątpię, żeby było trzeba. Ten dom jest teraz jednym z najbezpieczniejszych miejsc w całej okolicy.

Jechaliśmy z powrotem do Polkowic w milczeniu. Słońce chyliło się ku zachodowi, malując niebo w odcienie różu i złota. Las po obu stronach drogi wyglądał spokojnie – tylko las, nic więcej.
— Myślisz, że naprawdę to koniec? — zapytała w końcu Ilona.
— Dla rodziny Nowaków, tak. Ale pamiętasz, co powiedziałaś o innych praktykantach…
— Tak. Gdzieś w okolicy może być więcej takich miejsc. Więcej ludzi, którzy eksperymentują z rzeczami, których nie rozumieją.
Skinąłem głową. Zawsze tak było w naszej pracy. Jeden przypadek prowadził do następnego. Jedna rozwiązana zagadka odkrywała dwie nowe.
— Ale teraz mamy trochę czasu — powiedziałem. — Dni, tygodnie, może nawet miesiące spokoju.
— Czas na życie. Na normalne życie.
— Tak. Na normalne życie.

Ale gdy spojrzałem w lusterko wsteczne na dom Nowaków, już planowałem następne kroki. Gdzieś w ciemności czaili się inni Jasińscy. Inne historie czekały na rozwiązanie. Ale na razie jedna rodzina była bezpieczna. Jedno dziecko mogło spać spokojnie. To było wystarczająco dużo na jeden dzień.


Epilog

Dwa tygodnie później dostałem pocztówkę. Na froncie był obrazek wiejskiego domu z ogrodem pełnym kwiatów. Na odwrocie, dziecięcym charakterem pisma, było napisane:

„Dzięki, wujku Mariuszu! Pan Stasiu już nie przychodzi. Ale czasem widzę na ogrodzie miłą panią w białej sukience. Mama mówi, że to może być ciocia Irena i że wreszcie znalazła spokój. Zuzia.”

Uśmiechnąłem się i przypiąłem pocztówkę do tablicy korkowej w mojej pracowni.
Praca była skończona.
Ale następna już czekała.I wiedziałem, że kiedy przyjdzie, będę gotów.