Sesja z archiwum Astrologa Mariusza

Dzisiejszą historię długo wahałem się, czy publikować. Nie ze względu na dyskrecję klientki – Anna wyraziła zgodę i sama chce, żeby inni poznali jej doświadczenia. Wahałem się, bo to jeden z najintensywniejszych przypadków w mojej praktyce. Przypadek, który pokazał mi, że nawet po dwudziestu latach pracy wciąż mogę napotkać coś, co przechodzi moje najśmielsze wyobrażenia.

Polkowice, październik 2024. Deszczowy wieczór, rutynowa sesja tarota dla kobiety po stracie męża. Brzmi znajomo? Dla mnie też brzmiało znajomo. Do momentu, gdy fizyczne prawa rzeczywistości przestały obowiązywać w mojej pracowni.

Ta historia to więcej niż opowieść o duchach i tarocie. To studium obsesji maskującej się pod miłość. To analiza mechanizmów, które sprawiają, że zmarli mogą manipulować żywymi. I to praktyczny przewodnik po rozpoznawaniu sytuacji, gdy ktoś „po drugiej stronie” nie chce nas puścić.

Przed przeczytaniem uprzedzam: niektóre fragmenty mogą być trudne dla osób, które straciły bliskich w ostatnim czasie. Jeśli czujesz, że zmarły partner/partnerka wciąż „jest z Tobą”, przeczytaj to uważnie. Może uratuje Ci życie.

Anna miała szczęście. Przyszła na czas.

Nie wszyscy mają tyle szczęścia.


Prolog

Deszcz bębnił w szyby mojej pracowni na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Mickiewicza w Polkowicach. Nie było to największe miasto na Dolnym Śląsku, ale mieszkało tu wystarczająco dużo ludzi z problemami, które przekraczały granice zwykłej rzeczywistości. A ja, Mariusz Czarnecki, byłem chyba jedynym w okolicy, który potrafił te problemy rozwiązać.

Spojrzałem na zegarek. Dwudziesta druga. Za oknem latarnie uliczne migotały w strugach deszczu, a nieliczne samochody przemykały przez centrum jak cienie. Właśnie kończyłem porządkowanie talii tarota Ridera-Waite’a, gdy usłyszałem pukanie do drzwi. Trzy szybkie uderzenia, pauza, jeszcze trzy. Ktoś bardzo zdenerwowany.

Wstałem od dębowego stołu zastawionego kryształami, runami i kartami. Moja pracownia była niewielka – może dwadzieścia metrów kwadratowych – ale każdy centymetr wykorzystywałem mądrze. Pod ścianami stały regały wypełnione księgami o magii celtyckiej, astrologii, tarota z całego świata i minerały zebrane podczas wypraw w Sudety. Na środku pokoju, na okrągłym stole z ciemnego drewna, leżały narzędzia pracy. Świece rozmieszczone w celtyckim kręgu dawały ciepłe, pomarańczowe światło.

Nacisnąłem klamkę. W drzwiach stała kobieta około czterdziestki, przemoczona do suchej nitki. Elegancka, w dobrze skrojonym płaszczu, ale jej oczy… Jej oczy były czerwone od płaczu i pełne desperacji, jakiej nie widziałem od miesięcy.

— Pan Czarnecki? — zapytała drżącym głosem. — Dzwoniłam wcześniej… Anna Nowicka.

Pamiętałem. Półtorej godziny temu dostałem telefon od kobiety, która ledwie potrafiła wykrztusić swoje imię między szlochami. Chciała sesję tarota. Natychmiast. Nie jutro, nie za tydzień. Teraz.

— Oczywiście, proszę wejść — odsunąłem się, żeby przepuścić ją do środka. — Może pani powiesić płaszcz na wieszaku.

Anna weszła do pracowni i stanęła jak wryta. Jej spojrzenie błądziło po półkach z księgami, po kryształach ametystu i kwarcu różowego, po runach celtyckich wyrzeźbionych w kamieniu. Zdjęła płaszcz drżącymi rękami. Pod spodem miała czarną sukienkę – żałobną.

— Pierwszy raz u wróżbity? — zapytałem łagodnie, gestem wskazując jej fotel naprzeciwko mojego miejsca przy stole.

— Tak… To znaczy nie — usiadła ciężko, jakby nagle zabrakło jej sił. — Byłam już u kilku osób. Ale oni… oni mówili mi rzeczy, które chciałam usłyszeć. A ja potrzebuję prawdy.

Zapaliłem kolejną świecę i usiadłem naprzeciwko niej. W blasku płomienia jej twarz wyglądała jeszcze bardziej zmęczona. Zauważyłem obrączkę na jej lewej dłoni, wciąż tam, chociaż wyglądała na wdowę.

Prawda nie zawsze jest przyjemna, ostrzegłem. Jeśli szuka pani pociechy, lepiej pójść do księdza. Jeśli chce pani poznać prawdę, zostanie pani tutaj. Ale wtedy musi być pani gotowa na wszystko, co usłyszy.

Anna skinęła energicznie głową.

— Potrzebuję prawdy. Bez względu na to, jak bardzo będzie bolała.

Wziąłem do ręki swoją najstarszą talię – karty, które odziedziczyłem po babci, znachorce z Gór Sowich. Były stare, wytarte na rogach, ale ich moc nigdy nie słabła. Niektóre karty poznały mnie jeszcze jako dziecko.

— O co chce pani zapytać? — spytałem, tasując karty powoli, rytmicznie.

— O mojego męża — jej głos załamał się. — Paweł zginął sześć miesięcy temu. Wypadek samochodowy. I ja… ja nie potrafię iść dalej. Każdej nocy śni mi się, że próbuje mi coś powiedzieć, ale ja go nie rozumiem. Chcę wiedzieć, czy jest w porządku. Czy znalazł spokój.

Skinąłem głową i kontynuowałem tasowanie. Ale już wtedy poczułem coś dziwnego. Powietrze w pokoju stało się cięższe, gęstsze. Świece zaczęły migotać, chociaż żadne okno nie było otwarte. To nie był dobry znak.

Dobrze. Zapytam karty o Pawła i o to, czy odnalazł spokój po drugiej stronie.

Rozłożyłem przed Anną trzy karty zakryte. Klasyczny układ przeszłość –  teraźniejszość – przyszłość. Najprostszy, ale często najskuteczniejszy.

— Niech pani odkryje pierwszą kartę. Ta opowie o przeszłości, o ostatnich chwilach Pawła.

Anna wyciągnęła drżącą rękę i odwróciła pierwszą kartę.

Śmierć.

Poczułem, jak krew odpływa mi z twarzy. W pracy z tarotem widziałem kartę Śmierci setki razy, ale nigdy nie wypadała tak… celowo. Jakby ktoś ją tam położył specjalnie.

Anna wstrzymała oddech.

— To znaczy… to znaczy, że naprawdę nie żyje? — wyszeptała.

— Nie — powiedziałem szybko, chociaż czułem narastający niepokój. — Karta Śmierci rzadko oznacza dosłowną śmierć. Częściej symbolizuje koniec pewnego etapu, transformację. Może oznaczać, że Paweł przeszedł już przez proces przemiany po śmierci.

Ale kłamałem. Coś było nie tak. Karta leżała na stole za idealnie, za precyzyjnie. A powietrze robiło się coraz chłodniejsze.

— Druga karta — powiedziałem. — Teraźniejszość.

Anna odwróciła środkową kartę.

Śmierć. Znowu.

Serce zabiło mi mocniej. To było niemożliwe. W każdej talii tarota jest tylko jedna karta Śmierci. Jedna jedyna. A tu leżały dwie identyczne karty obok siebie. Przełknąłem ślinę, czując, jak ręce zaczynają mi się pocić. Czy ktoś manipulował moją talią? Ale kiedy? I jak? Sprawdzałem ją przed każdą sesją.

— Co się dzieje? Dlaczego ta sama karta?

— To… niezwykłe — przyznałem. — Ale może układ próbuje nam przekazać, że śmierć Pawła wciąż ma wpływ na teraźniejszość. Że nie została jeszcze w pełni zaakceptowana.

Trzecia karta. Przyszłość. Gdy Anna ją odwróciła, poczułem, jak żołądek skręca mi się w węzeł.

Śmierć. Po raz trzeci.

Przez moment myślałem, że zwariowałem. Trzy identyczne karty Śmierci. To było fizycznie niemożliwe. Czegoś takiego nie widziałem. To przeczyło wszelkim prawom natury. Moja talia miała tylko jedną, jedyną kartę Śmierci – sprawdzałem to setki razy. Ktoś albo coś manipulowało rzeczywistością w moim własnym pokoju. Dreszcze przebiegły mi po plecach. Co tu się, do diabła, działo?

Anna zaczęła płakać. Cicho, bez łkania, łzy tylko spływały jej po policzkach.

— On nie ma spokoju, prawda? — szepnęła. — On ciągle tam jest, ciągle próbuje mi coś powiedzieć. Czuję go, panie Czarnecki. Każdej nocy. Czasami myślę, że mogłabym wyciągnąć rękę i go dotknąć.

Zgasiłem świece jednym ruchem ręki. Pokój pogrążył się w półmroku, oświetlony tylko światłem latarni ulicznych przesączającym się przez okno. Musiałem przerwać tę sesję. Natychmiast.

Myślę, że na dziś wystarczy, powiedziałem, wstając od stołu. Potrzebuję czasu, żeby przemyśleć to, co pokazały karty.

Anna podniosła na mnie zaczerwienione oczy.

— Ale ja muszę wiedzieć więcej. Proszę. Może inna talia? Inne pytanie?

— Nie dzisiaj — stanowczo pokręciłem głową. — Czasami karty potrzebują czasu, żeby… się uspokoić. Wróci pani za tydzień. Do tego czasu postaram się znaleźć odpowiedzi.

Anna wstała niepewnie z fotela. Założyła płaszcz i podeszła do drzwi. Już miała wyjść, gdy odwróciła się do mnie po raz ostatni.

— Pan też go czuje, prawda? — zapytała cicho. — Paweł jest tutaj. W tym pokoju. Czuję go.

Nie odpowiedziałem. Ale gdy tylko zamknąłem za nią drzwi,sięgnąłem po książkę o duchach i istotach z zaświatów. Trzy karty Śmierci w jednym układzie to nie był przypadek. A jeśli Anna mówiła prawdę – jeśli naprawdę czuła obecność męża – to znaczyło to tylko jedno.

Paweł nie odszedł na drugą stronę. Wciąż był tutaj. I wykorzystywał karty jako drogę do świata żywych.

Musiałem sprawdzić dodatkowo Kroniki Akaszy. Jeszcze tej nocy. Chciałem poznać prawdziwą historię ich związku, odkryć, co naprawdę stało się w ostatnich dniach przed śmiercią Pawła. Tylko tam znajdę odpowiedzi na to, dlaczego jego dusza nie może znaleźć spokoju i dlaczego manipuluje kartami z taką siłą. Kroniki pokażą mi nie tylko fakty, ale emocje, intencje, prawdziwe motywy. Bez tego nie będę wiedział, z jak potężnym przeciwnikiem mam w tej chwili do czynienia.


Przez cały tydzień nie mogłem przestać myśleć o Annie Nowickiej i tych trzech kartach Śmierci. Sprawdziłem swoją talię kilkanaście razy – wszystkie  karty tej talii były na swoim miejscu, w normalnej kolejności. Nic nie wskazywało na żadną manipulację. A jednak coś gryzło mnie w żołądku za każdym razem, gdy na nie patrzyłem.

Tej nocy śniły mi się zielone oczy w ciemności. Oczy, które patrzyły na mnie spoza kart, jakby ktoś obserwował mnie przez nie. Budziłem się zlany potem, z uczuciem, że ktoś stoi przy moim łóżku. Ale zawsze byłem sam.

Spędziłem trzy dni na dokładnych poszukiwaniach w internecie, przeszukując archiwa lokalnych gazet, raporty policyjne dostępne online i bazy danych o wypadkach drogowych na Dolnym Śląsku. W archiwum „Gazety Polkowickiej” znalazłem artykuł o wypadku Pawła Nowickiego. Zderzenie czołowe z ciężarówką na drodze wojewódzkiej numer 292, jakieś pięć kilometrów za Polkowicami. Stało się to o drugiej w nocy. Paweł jechał sam, wracał z jakiegoś spotkania w Legnicy. Najbardziej niepokojące było to, co znalazłem w protokole policyjnym udostępnionym na stronie komendy – nie było śladów hamowania.

To mnie zaniepokoiło. Człowiek, który widzi nadjeżdżającą ciężarówkę, instynktownie hamuje. Zawsze. Chyba że…

Chyba że celowo nie hamował.

Dokładnie tydzień po pierwszej wizycie Anna znów zapukała do moich drzwi. Tym razem była punktualna – dwudziesta druga, jak umówiliśmy. Ale gdy otworzyłem drzwi, cofnąłem się o krok.

Wyglądała jeszcze gorzej niż tydzień temu. Miała podkrążone oczy, zapadnięte policzki, a jej skóra była nienaturalnie blada. Schudła przynajmniej kilka kilogramów. Płaszcz wisiał na niej jak na wieszaku.

— Dzień dobry, panie Czarnecki — powiedziała cicho. — Wiem, że może to dziwnie zabrzmi, ale przez cały tydzień czułam się, jakbym była obserwowana. Jakby ktoś za mną chodził, ale kiedy się odwróciłam, nikogo tam nie było.

Przepuściłem ją do środka. Gdy zdejmowała płaszcz, zauważyłem, że jej ręce drżą. Nie z zimna – w pokoju było ciepło. Drżały z nerwów, a może ze strachu.

— Niech pani siada — wskazałem fotel przy stole. — Przygotowałem inną talię. Hiszpańską, bardzo starą. Może da nam jaśniejsze odpowiedzi.

Nie powiedziałem Annie całej prawdy. Tak, przygotowałem talię hiszpańską, ale nie po to, żeby uzyskać jaśniejsze odpowiedzi. Głównym powodem było to, że otoczyłem stół kręgiem ochronnym z soli morskiej i położyłem na blacie białe świece. Nie chciałem jej straszyć mówiąc wprost, że podejrzewam manipulację ze strony sił nadprzyrodzonych. Jeśli coś próbowało kontrolować karty podczas pierwszej sesji, te środki ostrożności powinny to powstrzymać.

Anna usiadła na brzegu fotela, jakby gotowa była w każdej chwili uciec. Jej spojrzenie błądziło po pokoju, zatrzymując się na ciemnych kątach, gdzie światło świec nie sięgało.

— On jest tutaj — szepnęła nagle. — Paweł. Czuję go mocniej niż tydzień temu. To tak, jakby… jakby się zbliżał.

Poczułem, jak włoski na karku stają mi dęba. Temperatura w pokoju spadła o kilka stopni, pomimo że wszystkie okna były zamknięte. Płomyki świec zaczęły się chwiać, jakby dotknął ich niewidzialny podmuch wiatru.

— Proszę się skupić na pytaniach, które chce pani zadać — powiedziałem, starając się zachować spokojny ton. — Karty potrzebują jasnych intencji.

Wziąłem talię. Była naprawdę wiekowa, pochodziła z XVIII wieku, kupił ją dla mnie antykwariusz z Wrocławia. Karty były ciężkie, wykonane z grubego papieru, a ich rysunki miały ciemny, niemal złowrogi charakter.

Zacząłem tasować. I wtedy się zaczęło.

Pierwsza karta wysunęła się z talii sama. Po prostu wypadła mi z ręki i upadła na stół obrazkiem do góry. Nie musiałem patrzeć, żeby wiedzieć, co to było.

Śmierć.

Anna krzyknęła cicho i odsunęła się od stołu. Jej oczy rozszerzyły się ze strachu.

— To niemożliwe — wyszeptała. — To ta sama karta co tydzień temu.

Spojrzałem na kartę i poczułem, jak krew krzepnie mi w żyłach. Rzeczywiście, przedstawiała szkielet w czarnym płaszczu z kosą w ręku, ale rysunek był inny niż w talii Ridera-Waite’a. Ten szkielet miał złowrogie, czerwone oczy, które zdawały się patrzeć wprost na nas. Ale najgorsze było to, że te oczy poruszały się. Śledziły każdy mój ruch, mrugały powoli, hipnotyzująco. W ich głębi widziałem coś, co przypominało płomienie piekielne. A kosa w kościstej dłoni szkieleta lśniła jak prawdziwy metal, jakby za chwilę miała przebić papier i wypaść na stół.

— Może to przypadek — mruknąłem, ale sam w to nie wierzyłem. — Spróbujmy jeszcze raz.

Tasowałem karty ponownie, tym razem ostrożniej. Układałem je na stosiku, dokładnie kontrolując każdy ruch. Ale gdy tylko położyłem talię na stole, górna karta zaczęła się poruszać. Sama. Powoli przesuwała się po blacie, aż zatrzymała się przed Anną.

Odwróciłem ją.

Śmierć. Znowu.

Anna zaczęła się trząść. Jej oddech stał się płytki, urywany.

— On jest tutaj — powiedziała drżącym głosem. — Paweł jest w tym pokoju. Widzę go. Stoi za panem.

Odwróciłem się gwałtownie. Za mną nie było nikogo. Ale poczułem coś, czego nie da się opisać – obecność. Coś zimnego, co tchnęło mi w kark. Coś, co nie powinno już istnieć w świecie żywych.

Świece zgasły wszystkie naraz. Pokój pogrążył się w całkowitej ciemności.

W tej ciemności usłyszałem oddech. Nie mój. Nie Anny. Trzeci oddech, ciężki, ochrypły, jakby wydobywał się z płuc wypełnionych wodą. Albo ziemią.

— Anna — rozległ się głos. Męski, zniekształcony, jakby dochodził z bardzo daleka. — Anna, dlaczego mnie zostawiłaś?

Anna zaczęła płakać. Szlochała głośno, rozpaczliwie.

— Paweł? To naprawdę ty?

— Dlaczego pozwoliłaś mi umrzeć samemu? — głos był teraz bliżej, tuż obok mojego ucha. Poczułem lodowaty podmuch. — Dlaczego nie poszłaś ze mną?

Sięgnąłem po zapalniczkę, desperacko próbując zapalić choćby jedną świecę. Ale zapalniczka nie chciała się zapalić. Iskry były, ale płomień nie chciał się pojawić, jakby ktoś go natychmiast zdmuchiwał.

— Paweł, przepraszam — szlochała Anna. — Nie wiedziałam. Nie wiedziałam, że cierpisz.

— Teraz będziemy razem — głos stał się słodki, uwodzicielski. — Na zawsze razem. Jak powinniśmy być od samego początku.

I wtedy zrozumiałem. To nie był zwykły duch, który nie może znaleźć spokoju. To był strażnik więzi – istota, która karmi się przywiązaniem i żalem żywych, przywierając do nich jak duchowy pasożyt. Paweł nie próbował się skontaktować z Anną z miłości. Próbował ją zabić.

Udało mi się w końcu zapalić świecę. Światło wypełniło pokój, a głos natychmiast ucichł. Anna siedziała skulona na fotelu, wciąż płacząc.

Na stole leżały rozrzucone karty. Wszystkie przedstawiały Śmierć. Całe dwadzieścia dwie karty Wielkich Arkan zostało zamienione w identyczne kopie tej samej karty.

— Pani musi stąd wyjść — powiedziałem stanowczo. — Natychmiast. I nie może pani więcej przychodzić.

Anna podniosła na mnie załzawione oczy.

— Ale Paweł… on mnie potrzebuje.

— On pani nie potrzebuje — powiedziałem ostro. — On chce panią zabić. I za każdym razem, gdy pani tu przychodzi, staje się silniejszy.

Pomogłem jej wstać i założyć płaszcz. Ręce wciąż jej drżały, ale w jej oczach widziałem coś jeszcze gorszego niż strach. Widziałem pożądanie. Chęć spotkania się z Pawłem na drugiej stronie.

Gdy wyszła, zostałem sam z dwudziestoma dwiema kartami Śmierci. Wiedziałem, że muszę działać szybko. Za tydzień Anna wróci. Będzie musiała wrócić – strażnik więzi nie pozwoli jej być daleko.

A gdy wróci, będzie to prawdopodobnie jej ostatnia wizyta.

Tego wieczoru, po raz pierwszy od lat, nałożyłem na siebie kompletną ochronę. Nakreśliłem kredą runiczne symbole na progach wszystkich drzwi, rozłożyłem koło łóżka sól morską, a na szafkach nocnych postawiłem świece z wosku pszczelego. Ale w głębi duszy wiedziałem, że to wszystko może okazać się bezużyteczne. Czy sól i świece mogą powstrzymać ducha, który potrafi zmieniać rzeczywistość? Czy jakiekolwiek fizyczne zabezpieczenia mają sens przeciwko istocie, która manipuluje samą przestrzenią? Położyłem się spać z nożem rytualnym pod poduszką, wiedząc, że to może być ostatnia spokojna noc w moim życiu.


Po wyjściu Anny siedziałem przez chwilę w milczeniu, patrząc na dwadzieścia dwie karty Śmierci rozrzucone po stole. Moje ręce wciąż drżały. W dwudziestu latach praktyki ezoterycznej widziałem wiele dziwnych rzeczy, ale nigdy nic takiego. Duchy zwykle szeptały, pozostawiały ślady swojej obecności, manipulowały drobnymi przedmiotami. Ale żeby całkowicie przejąć kontrolę nad kartami? To wymagało ogromnej mocy.

Strażnik więzi. Byłem tego pewien. Ale jaki rodzaj strażnika więzi potrafił działać z taką siłą? Zwykłe duchy przywiązania manipulowały tylko drobnymi przedmiotami – przesuwały zdjęcia, chwilowo zmieniały temperaturę, szeptały w snach. Ten jednak przejmował kontrolę nad całymi taliami kart, zmieniał ich fizyczną strukturę, materializował się niemal fizycznie. To wymagało ogromnej energii duchowej, jakiej nie powinien posiadać żaden normalny zmarły. Może to nie był zwykły strażnik więzi? Może jego obsesja była tak głęboka, że przekształciła go w coś znacznie potężniejszego i niebezpieczniejszego?

Wstałem od stołu i podszedłem do regału z księgami ezoterycznymi. Sięgnąłem po „Encyclopedia of Occultism and Parapsychology: The World of Paranormal Phenomena” – grubą, wytartą księgę, którą kupiłem lata temu od antykwariusza w Krakowie. Kartowałem ją przy świetle świecy, szukając wzmianek o duchach przywiązania.

Większość opisów była standardowa. Duchy przywiązania to dusze zmarłych, które nie potrafiły uwolnić się od silnych emocjonalnych więzi z żywymi. Zazwyczaj są słabe, ograniczone do konkretnych lokalizacji czy przedmiotów. Ale w rozdziale o anomaliach spirytystycznych znalazłem coś niepokojącego. Opis „Widma Obsesyjnego” – ducha, który powstaje w momencie śmierci w stanie skrajnej miłości lub obsesji. Według encyklopedii takie widmo nie żywi się strachem jak inne duchy, lecz emocjonalnym przywiązaniem żywych. Im głębsza więź z żyjącą osobą, tym silniejszy staje się duch. Może manipulować przedmiotami związanymi z komunikacją spirytystyczną i używać ich jako kanałów do wpływania na rzeczywistość. Dalszy opis był jeszcze gorszy. Widmo Obsesyjne nie pragnie skrzywdzić ukochanej osoby ze złośliwości. Jego celem jest „wieczne zjednoczenie” – doprowadzenie do śmierci żyjącej osoby, by mogła dołączyć do niego po drugiej stronie.

Przełknąłem ślinę. Paweł nie chciał skrzywdzić Anny. Chciał ją zabić, bo w jego przekonaniu tylko tak mogli być razem na zawsze. Czytałem dalej. Widmo Obsesyjne rośnie w siłę wraz z rozpaczą żyjącej osoby. Każdy kontakt, każda łza, każde pragnienie spotkania wzmacnia jego więź ze światem żywych. W końcowych stadiach może manifestować się fizycznie.

Fizycznie. To znaczyło, że przy następnej wizycie Anny Paweł może się zmaterializować. A gdy to się stanie…

Gorączkowo szukałem sposobu na uwolnienie. W końcu znalazłem informację o „Rytualnym Przerwaniu Więzi Duchowej” – ceremonii, która wymaga dobrowolnego uczestnictwa żyjącej osoby w świadomym zerwaniu emocjonalnego połączenia. Rytuał musi być przeprowadzony w miejscu neutralnym energetycznie, z dala od przedmiotów używanych do kontaktu z duchami.

Sięgnąłem po notatnik i zacząłem przepisywać instrukcje. Rytuał był skomplikowany, wymagał przygotowania specjalnych mieszanek ziołowych i nakreślenia celtyckich symboli ochronnych. Ale najważniejsze było to, że Anna musiała uczestniczyć dobrowolnie. Musiała chcieć uwolnić się od Pawła.

A tego nie byłem pewien.

Widziałem ten błysk w jej oczach, gdy mówiła o zmarłym mężu. To nie był tylko smutek czy tęsknota. To było pożądanie. Chęć dołączenia do niego, bez względu na cenę.

Zamknąłem księgę i spojrzałem na zegarek. Trzecia nad ranem. Przez okno wpadało blade światło księżyca, malując dziwne cienie na ścianach. W jednym z tych cieni, tuż przy regale z księgami, wydawało mi się, że widzę sylwetkę mężczyzny.

Mrugnąłem. Cień zniknął.

Ale poczułem coś jeszcze. Zapach. Ledwie wyczuwalny, ale wyraźny. Zapach ziemi. Wilgotnej ziemi, jakby ktoś przed chwilą wyszedł z grobu.

Wstałem szybko od stołu i zapaliłem wszystkie świece w pokoju. Jasne światło wypełniło każdy kąt pracowni, ale zapach nie znikał. Przeciwnie – robił się intensywniejszy.

To niemożliwe. Paweł nie powinien móc się manifestować bez obecności Anny. Chyba że…

Chyba że Anna zostawiła w moim pokoju jakiś przedmiot. Coś, co należało do niej lub do Pawła. Jakiś łącznik.

Zacząłem przeszukiwać pracownię. Sprawdziłem każdy kąt, każdą półkę. I wtedy, pod fotelem, na którym siedziała Anna, znalazłem to.

Mała, złota obrączka. Musiała zsunąć się z jej palca.

Gdy tylko jej dotknąłem, poczułem elektryzujący ból przebiegający przez całą rękę. Wizje zalały mój umysł jak fala. Widziałem Pawła i Annę w dzień ślubu – młodych, szczęśliwych, pełnych nadziei. Widziałem ich pierwsze wspólne mieszkanie, pierwsze kłótnie, pierwsze pojednania. Widziałem Pawła w ostatnich miesiącach przed śmiercią – coraz bardziej agresywnego, zazdrosnego, kontrolującego.

I widziałem ten ostatni wieczór. Paweł wracał z baru, gdzie zastał Annę rozmawiającą z innym mężczyzną. Tylko rozmawiającą, niewinnie, ale dla Pawła to wystarczyło. Wsiadł do samochodu, pijany, wściekły, rozpaczliwy. I gdy zobaczył nadjeżdżającą ciężarówkę, nie skręcił. Nie zahamował. Pomyślał, że jeśli on umrze, Anna będzie żałować go do końca życia. Będzie należała tylko do niego.

Nawet po śmierci.

Obrączka wypaliła mi się w rękę. Rzuciłem ją na podłogę i kopnąłem pod regał. Ale było za późno. Już zostałem naznaczony. Paweł wiedział o mnie. Wiedział, że próbuję mu odebrać Annę.

I nie pozwoli na to.

Świece zaczęły migotać. Temperatura w pokoju spadła tak gwałtownie, że mój oddech stał się widoczny. Na oknach zaczął osadzać się szron, chociaż na dworze było ledwo poniżej zera. Na stole karty tarota zaczęły się poruszać. Wszystkie dwadzieścia dwie karty Śmierci powoli obracały się, układając w okrąg. W centrum tego okręgu powoli zaczął się materializować kształt mężczyzny.

Nie był kompletny – bardziej przypominał dym o ludzkich kształtach. Ale widziałem jego twarz. Młody mężczyzna, może trzydzieści kilka lat, przystojny, ale z oczami pełnymi obsesyjnej miłości i szaleństwa.

— Zostaw ją w spokoju — powiedziałem, starając się zachować spokój w głosie.

Kształt uśmiechnął się. To nie był przyjazny uśmiech.

— Anna jest moja — odparł głosem, który zdawał się dochodzić zza grubej szyby. — Zawsze była moja. Śmierć nic nie zmieniła.

— Ona żyje. Ma prawo do własnego życia.

— Ona żyje w bólu — warknął Paweł. — Każdego dnia cierpi z mojego powodu. Jedynym sposobem na zakończenie tego cierpienia jest dołączenie do mnie.

— To nie twoja decyzja.

Paweł roześmiał się cicho, złowrogo.

— Ona już zdecydowała. Widzi mnie we snach. Pragnie mnie. Za tydzień wróci, a wtedy…

Nie dokończył. Jego postać zaczęła się rozpływać, ale przed zniknięciem powiedział jeszcze jedno zdanie, które zmroziło mi krew w żyłach:

— A jeśli spróbujesz mi przeszkodzić, zabiorę cię ze sobą pierwszego.

Świece zgasły. Karty spadły na podłogę z cichym szelestem. Zostałem sam w ciemności, z biciem serca, które brzmiało jak bębny wojenne.

Teraz wiedziałem, z czym mam do czynienia. Kochający Umarły w pełni sił, gotowy zabić każdego, kto stanie mu na drodze. Anna była już niemal całkowicie pod jego kontrolą.

Ale miałem jeszcze tydzień. Tydzień na przygotowanie się do najważniejszego rytuału w moim życiu.

Rytuał, który mógł uwolnić Annę. Albo zabić nas oboje.


Przez następne dni przygotowywałem się do tego, co miało nadejść. Zgodnie z instrukcjami z „Encyclopedia of Occultism and Parapsychology” zbierałem składniki potrzebne do Rytualnego Przerwania Więzi Duchowej. Jałowiec z zaniedbanych części cmentarza w Chocianowie, gdzie energia przeszłości była najsilniejsza. Sól z kopalni w Kłodawie, błogosławiona przez księdza. Żelazo meteorytu, które kupiłem od kolekcjonera w Wałbrzychu za prawie wszystkie moje oszczędności.

Ale najważniejszy był atame – rytualny nóż. Miałem jeden, wykuty z żelaza przez kowala z Gór Sowich jeszcze przed wojną. Ostrze było pokryte srebrem i wyrytymi runami ochronnymi. Poprzedni właściciel używał go do przecinania więzów między światami. Miałem nadzieję, że zadziała też na więzy między umarłymi i żywymi.

Trzeciego dnia po wizycie Anny zacząłem odczuwać jego obecność stale. Paweł nie próbował się już ukrywać. Czułem jego wzrok na plecach, gdy gotowałem w kuchni. Widziałem jego odbicie w lustrze łazienki, tuż za moim ramieniem. W nocy słyszałem kroki na schodach, chociaż mieszkałem sam.

Najgorsze były sny. Śniłem, że jestem Pawłem w jego ostatnich chwilach. Czułem wściekłość i rozpacz, gdy wyobrażałem sobie Annę z innym mężczyzną. Widziałem nadjeżdżające światła ciężarówki i świadomie nie skręcałem kierownicą. W ostatniej sekundzie przed uderzeniem myślałem tylko o jednym: Anna będzie moja na zawsze.

Budziłem się zlany zimnym potem, z bólem w klatce piersiowej, jakbym to ja przeszedł przez to zderzenie. Piątego dnia postanowiłem zmienić lokalizację. Pracownia była skażona. Paweł miał w niej zbyt dużą moc. Musiałem znaleźć miejsce neutralne, gdzie będę mógł przeprowadzić rytuał.

Pojechałem autobusem na Wzgórza Trzebnickie, gdzie w XIII wieku stał celtycki krąg kamienny. Teraz zostały tylko fundamenty, zarośnięte trawą i mchem, ale energia tego miejsca wciąż była silna. Sprawdziłem je kompasem – igła magnetyczna szalała w pobliżu centralnego kamienia. To było idealne miejsce.

Wieczorem, gdy słońce chyliło się ku zachodowi, wróciłem do Polkowic. Anna miała przyjść o dwudziestej drugiej, jak poprzednio. Tym razem byłem przygotowany.

W pracowni rozstawiłem świece w miejscach węzłów energetycznych. Na podłodze nakreśliłem kredą z węgla drzewnego celtycki krąg ochronny z symbolami trzech bogiń – Dziewicy, Matki i Staruchy. W centrum położyłem atame owinięte w białe płótno.

O dwudziestej pierwszej pięćdziesiąt usłyszałem znajome pukanie. Trzy uderzenia, pauza, trzy uderzenia. Ale tym razem były głośniejsze, bardziej natarczywe.

Otworzyłem drzwi. Anna stała w korytarzu, ale nie wyglądała jak żywa osoba. Jej skóra była biało szara, oczy zapadnięte w czarne oczodoły. Schudła jeszcze bardziej – jej ubrania wisiały na niej jak na szkielecie. Ale najgorsze było jej spojrzenie. Puste, nieobecne, jakby ktoś inny patrzył przez jej oczy.

— Dzień dobry, panie Czarnecki — powiedziała głosem, który brzmiał jak echo w pustej studni. — Przyszłam na naszą sesję.

— Oczywiście — odparłem, starając się nie pokazać strachu. — Proszę wejść.

Anna weszła do pokoju i rozejrzała się dookoła. Jej wzrok zatrzymał się na kręgu ochronnym nakreślonym na podłodze.

— To coś nowego — stwierdziła. — Po co te znaki?

— Dla lepszej koncentracji — skłamałem. — Proszę usiąść w centrum kręgu. To pomoże w komunikacji z Pawłem.

Podeszła do środka kręgu i usiadła zupełnie nie zdziwiona  na podłodze. W tej samej chwili poczułem, jak temperatura w pokoju gwałtownie spada. Świece zaczęły migotać, a z ust zaczął mi się wydobywać biały oddech.

— Paweł jest tutaj — szepnęła. — Widzę go. Jest tuż za panem.

Odwróciłem się powoli. Tym razem Paweł zmaterializował się niemal całkowicie. Stał niecały metr ode mnie, w ubraniu, w którym zginął – podartej koszuli i spodniach pokrytych ciemnymi plamami. Jego twarz była blada jak śmierć, ale oczy płonęły złością.

— Myślałeś, że ten żałosny krąg mnie powstrzyma? — zapytał z ironią. — Jestem tutaj przez nią, głupcze. Jestem częścią niej.

— Anna — zwróciłem się do kobiety, nie spuszczając wzroku z Pawła. — Musi pani mnie wysłuchać. Ten mężczyzna nie jest tym, za kogo pani go uważa. On nie chce pani dobra.

Anna spojrzała na mnie z politowaniem.

— Paweł mnie kocha. Kocha mnie bardziej niż ktokolwiek kiedykolwiek kogoś kochał. Chce, żebyśmy byli razem na zawsze.

— Chce panią zabić — powiedziałem wprost. — To nie miłość, to obsesja.

Paweł roześmiał się głośno.

— Zabić? — powtórzył. — Ja chcę ją uwolnić od cierpienia. Od samotności. Od bólu życia bez mnie.

— Poprzez śmierć?

— Poprzez połączenie — warknął. — Śmierć to tylko przejście. Po drugiej stronie będziemy mogli być razem na zawsze, bez przeszkód, bez bólu.

Anna skinęła głową, jakby to było najnormalniejsze w świecie.

— Tak — szepnęła. — Chcę iść z Pawłem. Chcę skończyć z tym cierpieniem.

Sięgnąłem po atame. Białe płótno opadło na podłogę, odsłaniając starożytne ostrze. Runy na klindze zaczęły świecić bladym, niebieskim światłem.

— Tego nie możesz zrobić bez jej zgody — powiedziałem do Pawła. — Rytuał wymaga dobrowolnego uczestnictwa.

— Ona już zgodziła się — odparł z triumfem. — Prawda, kochanie?

Anna wstała z podłogi. W jej dłoni błysnęło coś metalowego. Brzytwa. Skąd ją wzięła?

— Tak — powiedziała spokojnie. — Zgodziłam się. Dziś wieczorem pójdę do Pawła.

Podniosła brzytwa do przegubu dłoni. Srebrne ostrze iskrzyło się w świetle świec.

— Anna, nie! — krzyknąłem i rzuciłem się w jej stronę.

Ale Paweł był szybszy. Jego dłoń – niemal materialna teraz – chwyciła mnie za gardło i popchnęła z powrotem. Poczułem lodowaty uścisk na szyi, jakby ktoś ścisnął mi gardło kawałkiem lodu. Nie mogłem oddychać. Upadłem na podłogę, uderzając głową o regał z taką siłą, że w oczach pojawiły mi się białe błyski. Ból rozszedł się po całej czaszce jak pożar. Księgi posypały się wokół mnie z głuchymi odgłosami, a jedna z grubszych uderzyła mnie w ramię. Poczułem metaliczny smak krwi w ustach – najwyraźniej przygryzłem język. Przez moment wszystko wirowało mi przed oczami..

— Nikt nas nie rozłączy — warknął Paweł. — Ani ty, ani ktokolwiek inny.

Anna uniosła brzytwę wyżej. Jej oczy były puste, nieobecne, jakby była we śnie. Paweł kontrolował ją całkowicie.

Ale wtedy wydarzyło się coś, czego się nie spodziewałem. Jedna z książek, która spadła z półki, otworzyła się na konkretnej stronie. Była to „Encyclopedia of Occultism and Parapsychology”, a strona pokazywała ilustrację – kobietę trzymającą rytualny nóż nad głową, przecinającą niewidzialną nić łączącą ją z ciemną postacią.

Zrozumiałem. Krąg ochronny nie miał powstrzymać Pawła. Miał ograniczyć jego ruchy, sprawić, żeby skupił się tylko na mnie i Annie. Żeby nie zauważył, co naprawdę robię.

Chwyciłem atame i wstałem, czując, jak adrenalina płonie w moich żyłach. Ostrze świeciło teraz jasnym, białym światłem, tak intensywnym, że musiałem mrużyć oczy. Runy na klindze pulsowały rytmicznie, jak bijące serce, emanując energią, która sprawiała, że całe moje ciało drżało z napięcia.

— Anna — zawołałem głośno, starając się przekrzyczeć szum energii wypełniającej pokój. — Spójrz na mnie. Nie na Pawła. Na mnie.

Kobieta drgnęła, jakby ktoś ją uderzył. Przez moment w jej oczach błysnęło coś ludzkiego – iskierka świadomości przebijająca się przez ciemność kontroli.

— Zobacz, kim on naprawdę jest — kontynuowałem, podnosząc atame wysoko nad głowę. Nóż był teraz tak gorący, że omal nie wypuściłem go z ręki. — Patrz, jak cię kontroluje. Jak odbiera ci wolną wolę.

— Nie słuchaj go! — wrzasnął Paweł i rzucił się na mnie z wściekłością dzikiego zwierzęcia.

Ale jego postać, chociaż niemal materialna, wciąż była duchem. Przeszedł przez mnie jak lodowata fala śmierci. Poczułem ból nie do opisania, jakby ktoś wetknął mi tysiące rozżarzonych szpilek w każdy nerw, jakby moja krew zamieniła się w kwas. Krzyk rozdarł mi gardło, ale jakoś nie upadłem. Moja wola była silniejsza niż jego nienawiść.

Opuściłem atame w dół z całą siłą, jakby rąbałem drewno, przecinając powietrze między Anną a miejscem, gdzie stał Paweł. Ostrze pozostawiło za sobą świetlisty ślad, jak błyskawica w powolnym ruchu, rozdzierając samą przestrzeń.

Anna krzyknęła przeraźliwie i upuściła brzytwę, która z brzękiem upadła na podłogę. Paweł wył z bólu i wściekłości, jego głos był jak zgrzyt metalu po szkle. Jego postać zaczęła się rozpadać, jakby ktoś wyrywał z niej kawałki, a z każdej rany wydobywała się ciemna, cuchnąca substancja.

— To niemożliwe! — krzyczał, ale jego głos już się załamywał. — Ona jest moja! Należy do mnie! Zawsze należała!

— Nie należy — powiedziałem stanowczo, czując, jak pot zalewa mi twarz. — Nigdy nie należała.

Przeciąłem powietrze po raz drugi, tym razem z jeszcze większą determinacją. Białe światło eksplodowało, wypełniając cały pokój blaskiem słońca. Paweł krzyczał jeszcze głośniej, ale jego głos stawał się coraz słabszy, coraz bardziej odległy, jakby ktoś oddalał radio.

— Anna! — wołał desperacko, jego postać już ledwie widoczna. — Nie zostawiaj mnie! Nie możesz mnie zostawić! Bez ciebie to tylko pustka!

Anna patrzyła na niego z łzami w oczach, ale jej twarz była teraz spokojna. To były łzy żalu i ulgi, nie miłości ani rozpaczy.

— Żegnaj, Paweł — szepnęła z drżeniem w głosie. — Odpuść mi. I znajdź w końcu spokój.

Trzecie cięcie atame rozerwało ostatnie więzy między światami. Paweł znikł z krzykiem, który przechodził przez wszystkie oktawy – od głębokiego ryka po piskliwy wrzask – aż w końcu ucichł całkowicie, pozostawiając po sobie tylko echo i zapach spalonego powietrza.

Zostaliśmy sami. Anna padła na kolana, płacząc. Ale tym razem płakała z ulgi, nie z rozpaczy.

— To koniec? — zapytała drżącym głosem.

— To koniec — potwierdziłem, kładąc dłoń na jej ramieniu. — Jest pani wolna.

Świece przestały migotać. Temperatura w pokoju wróciła do normy. A nad nami, przez okno, zaczęły świecić pierwsze gwiazdy.

Paweł odszedł tam, gdzie powinien był pójść od samego początku. A Anna mogła w końcu rozpocząć nowe życie.

Wolne życie.


Miesiąc później Anna Nowicka znów zapukała do moich drzwi. Ale tym razem nie usłyszałem desperackiego pukania pełnego strachu. To były pewne, spokojne uderzenia kogoś, kto przyszedł z konkretnym celem.

Gdy otworzyłem drzwi, ledwie ją poznałem. Przytyła, jej policzki znów miały zdrowy kolor, a oczy błyszczały życiem. Włosy były świeżo ufarbowane na jasny blond, a na sobie miała jasno czerwoną sukienkę zamiast żałobnej czerni, którą nosiła przez ostatnie miesiące.

— Dzień dobry, Mariuszu — powiedziała z uśmiechem. — Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.

— Oczywiście, że nie. Proszę wejść.

Anna weszła do pracowni i rozejrzała się dookoła. Zauważyłem, że jej spojrzenie zatrzymało się na miejscu, gdzie miesiąc temu leżał krąg ochronny. Teraz była tam tylko zwykła podłoga.

— Wygląda pani znacznie lepiej — stwierdziłem.

— Czuję się lepiej — odparła. — Po raz pierwszy od miesięcy śpię całe noce. Bez snów o Pawle. Bez poczucia, że ktoś mnie obserwuje.

Usiadła w fotelu naprzeciwko mojego miejsca przy stole. Tym razem nie skuliła się jak przestraszone zwierzę. Siedziała prosto, pewnie.

— Przyszłam podziękować — powiedziała. — I zapłacić za pańską pomoc.

Pokręciłem głową.

— To nie jest potrzebne. Wystarczy, że jest pani zdrowa i bezpieczna.

— Nie, panie Czarnecki. To, co pan dla mnie zrobił… — jej głos drgnął lekko. — Pan uratował mi życie. Dosłownie. Gdyby nie pan, dziś leżałabym obok Pawła na cmentarzu.

Sięgnęła do torebki i wyciągnęła kopertę.

— Proszę to przyjąć. To nie pieniądze — dodała szybko, widząc moją minę. — To list. Dla następnej osoby, która będzie potrzebować pańskiej pomocy.

Wziąłem kopertę. Była ciężka, jakby zawierała coś więcej niż tylko papier.

— Napisałam w nim swoją historię — wyjaśniła Anna. — Wszystko, od początku do końca. Może komuś to pomoże zrozumieć, przez co przechodzi. Że to, co czuje, nie jest prawdziwą miłością, tylko manipulacją.

— To bardzo przemyślane z pani strony.

Anna wstała z fotela i podeszła do okna. Przez szyby wpadało jasne, październikowe słońce.

— Wie pan, przez ostatni miesiąc dużo myślałam o Pawle. O naszym małżeństwie. I zrozumiałam, że to, co robił po śmierci, robił też za życia — powiedziała cicho. — Kontrolował mnie. Izolował od przyjaciół. Sprawdzał, gdzie jestem, z kim rozmawiam. Myślałam, że to dlatego, że mnie kocha. Ale to była obsesja.

Przerwała na chwilę, patrząc na ulicę.

— Tamtego wieczoru, gdy wrócił z baru… byłam w kawiarni z koleżanką ze studiów. Tylko rozmawiałyśmy, nic więcej. Ale on zobaczył nas przez okno i od razu pomyślał najgorsze. Wściekł się, że nie siedziałam w domu i nie czekałam na niego.

— Wypadek nie był przypadkiem — stwierdziłem. To nie było pytanie.

Anna pokręciła głową.

— Nie. Zrobił to celowo. Żeby mnie ukarać. Żeby sprawić, bym czuła się winna do końca życia. A potem, jako duch, chciał wykorzystać tę winę, żeby mnie kontrolować z grobu.

Odwróciła się od okna i spojrzała mi prosto w oczy.

— Ale dzięki panu jestem wolna. Po raz pierwszy od lat jestem naprawdę wolna.

W jej głosie było tyle determinacji, że uśmiechnąłem się mimo woli.

— I co teraz pani planuje?

— Zaczynam od nowa — powiedziała stanowczo. — Sprzedam dom. Za dużo w nim jest wspomnień. Przeprowadzam się do Wrocławia, mam tam pracę w księgowości. I… — zawahała się na moment. — I zdjęłam obrączkę.

Rzeczywiście, jej lewa dłoń była pusta. Po raz pierwszy od miesięcy.

— To musiało być trudne.

— Było. Ale też wyzwalające. To był ostatni element mojego więzienia.

Anna podeszła do drzwi, ale zatrzymała się na progu.

— Jest jeszcze jedna rzecz — powiedziała. — Chciałabym, żeby pan sprawdził coś dla mnie. Tuż przed śmiercią Paweł często jeździł na jakieś spotkania. Mówił, że to związane z pracą, ale teraz myślę, że może to było coś innego. Może spotykał się z kimś, kto zajmuje się… takimi rzeczami jak pan.

To mnie zainteresowało.

— Ma pani jakieś szczegóły?

— Znalazłam w jego rzeczach wizytówkę. „Madame Zelda – Kontakt z zaświatami, Legnica”. Może to nic, ale… może warto sprawdzić.

Skinąłem głową. Madame Zelda. Nie znałem tej osoby, ale jeśli Paweł u niej bywał, to mogła mieć wpływ na to, co się z nim stało po śmierci.

— Sprawdzę to — obiecałem.

Anna uśmiechnęła się po raz ostatni.

— Dziękuję za wszystko, panie Czarnecki. I jeśli kiedykolwiek będzie pan potrzebował świadka, kogoś, kto może opowiedzieć innym o tym, co pan robi… proszę się nie wahać.

— Zapamiętam.

Gdy wyszła, zostałem sam w swojej pracowni. Usiadłem przy stole i otworzyłem kopertę. Oprócz długiego, szczegółowego listu była tam jeszcze jedna rzecz – mała fotografia ślubna Anny i Pawła. Na odwrocie Anna napisała: „Żeby pamiętać, jak wygląda prawdziwa miłość – i jak wygląda obsesja.”

Spojrzałem na szczęśliwe twarze na zdjęciu. Wtedy Paweł jeszcze potrafił kochać, a nie tylko posiadać. Ale gdzieś po drodze miłość zamieniła się w coś ciemnego i destrukcyjnego.

Położyłem list na półce obok innych świadectw mojej pracy. Może rzeczywiście kiedyś się przyda.

Telefon zadzwonił akurat gdy gasiłem świece. Nieznany numer z Jeleniej Góry.

— Mariusz Czarnecki, słucham.

— Dzień dobry — odezwał się drżący głos starszej kobiety. — Nazywam się Krystyna Majewska. Ktoś dał mi pana numer, powiedział, że pan… pan zajmuje się nietypowymi sprawami.

— Słucham panią.

— To może dziwnie zabrzmieć, ale… moja wnuczka, ma siedem lat… od tygodnia rysuje same czaszki. Dziesiątki czaszek. I mówi, że śni jej się dziwny pan, który chce, żeby poszła z nim do „pięknego zamku pod ziemią”. Czy pan mógłby…

— Oczywiście — przerwałem jej. — Kiedy mogę przyjechać?

— Może jutro? Proszę pana, ja się bardzo boję o tę dziewczynkę.

— Będę jutro wieczorem. Proszę mi przesłać adres.

Gdy odłożyłem słuchawkę, uśmiechnąłem się mimo wszystko. Anna była bezpieczna, rozpoczynała nowe życie. Ale gdzieś indziej, ktoś inny potrzebował pomocy.

I ja będę tam, żeby jej udzielić.

Sięgnąłem po nową talię kart – tę, którą kupiłem po zniszczeniu poprzedniej przez Pawła. Karty były świeże, nie naznaczone przez żadną postronną energię. Potasowałem je powoli, czując, jak reagują na mój dotyk.

Wyciągnąłem jedną kartę i spojrzałem na nią.

Dziesięć Pentakli. Karta szczęścia, nowego początku, pomyślności.

Uśmiechnąłem się. To była dobra wróżba.

Dla mnie i dla tej sześcioletniej dziewczynki w Jeleniej Górze, którą jutro będę próbował uratować.